Archiwum kategorii ‘ Alternatywa ’

O talencie tego nastoletniego chłopaka z uznaniem, a nawet zachwytem wypowiadały się takie postaci jak, Katarzyna Nosowska, Marek Niedźwiecki czy Artur Orzech. Wcale im się nie dziwię!

Fismoll (ma skandynawskie korzenie) to uczeń słynnej mistrzowskiej Szkoły Talentów w Poznaniu. Jego pseudonim pochodzi jeszcze z dzieciństwa. Jako 7-latek często nucił sobie coś pod nosem. Jego ojciec, skrzypek ze znakomitym słuchem, zauważył, że syn zawsze śpiewał w tonacji fis-moll. Gdy muzyk dorósł, dobre skojarzenia zaowocowały szyldem Fismoll, który jest dla niego symbolem najczystszej, najbardziej naturalnej muzyki, a taką właśnie stara się tworzyć. Od razu zaznaczę – z powodzeniem.

19-letni dziś artysta wydał właśnie swoją pierwszą długogrająca płytę. Album zatytułowany „At Glade” został nagrany w warszawskim studiu Sound Tropez, pod okiem producenta Roberta Amiriana. Masteringiem zajęła się Mandy Parnell, znana ze współpracy z takimi artystami, jak Bjork, Sigur Ros, Depeche Mode, Roisin Murphy, PJ Harvey czy Nick Cave.

To nie jedyne duże nazwiska i szyldy, które wokół młodego muzyka się pojawiają. Fismolla często porównuje się do takich wykonawców, jak Bon Iver, Olafur Arnalds czy wspomniana już grupa Sigur Ros. I temu także się nie dziwię.

Muzyka, która znalazła się na „At Glade” to nie jest miałki indie pop z list przebojów, ani podążające za modą alternatywno-folkowe, akustyczne granie. Choć sytuuje się gdzieś na styku takich stylistyk, jest jednak osobna, bardzo autorska. Charakteryzuje się niebywałą wręcz delikatnością i niezwykłym urokiem. Album na pewno wymaga skupienia i wielokrotnego przesłuchania, ale za każdym razem cieszy z odkrywania nowych elementów i intryguje. W dodatku całość jest niezwykle dojrzała, zwłaszcza, jak na wiek twórcy. Tutaj się dziwię.

Ps. Albumu Fismolla, w całości, możecie posłuchać tu.

A właściwie przez muzykę Wiktora Coja, lidera działającego w latach 80. w Związku Radzieckim zespołu Kino, który zginął tragicznie w 1990 roku, a którym zafascynowany jest gitarzysta i wokalista, Roman Sierkov.

Pochodzący z Ukrainy muzyk, wraz z dwójką kolegów – Mateuszem „Jaremą” Jaremczukiem (perkusja) i Adamem „Bohunem” Pawłowskim (bas), także mającymi – jak przyznają – ”wiele wspólnego ze wschodniosłowiańskimi krajami”, założył 2011 roku formację Stacja Kamczatka.

Zespół wykonuje własną muzykę do tekstów wspomnianego, legendarnego rockmana. Jej podstawę stanowi rock’n’roll, punk rock i ska oraz różne wpływy wschodniosłowiańskiego folkloru. Roman śpiewa w trzech językach: polskim, rosyjskim oraz ukraińskim – ponieważ muzycy uważają, że ”wszyscy jesteśmy braćmi Słowianami i powinniśmy lepiej wzajemnie poznać naszą bogatą kulturę”.

EP-ka Stacji Kamczatka, która ujrzała światło dzienne przed paroma dniami, utrzymana jest jednak w języku polskim. Materiał liczy cztery kawałki, został nagrany w Studiu 7 w Piasecznie. Jego producentem jest Błażej Domański. Wydawnictwo promuje klip do utworu “Odejdź”.

”Naszą muzykę kierujemy do wszystkich, którzy lubią Sztukę bezkompromisową, autentyczną – żywiołowe i bardzo melodyjne granie. Chcemy pokazać Wam też, jak mądre przesłanie niosła ze sobą twórczość Wiktora Coja, który na co dzień pracował w kotłowni, będąc po prostu robotnikiem. Jak wielu z pozoru zwykłych ludzi – cieszył się, gdy w kieszeni znalazł paczkę papierosów, Pragniemy, abyście wspólnie z nami udali się ze Stacji Kamczatka w podróż. Poznajcie z nami muzykę KINO lub przypomnijcie sobie czasy, gdy Artyści walczyli o możliwość zagrania i zaśpiewania wszystkiego jak chcą – a nie jak nakazuje System” – napisał zespół na swojej stronie. (Pisownia oryginalna).

Spakowałem bagaże, słucham dema i czekam na długogrający album.

“Zespół Slim Motion promuje EP-kę ‘Surprise’. Wszystkich entuzjastów trafionej mieszanki hard-rocka, funku i akustyki zapraszamy do sprawdzenia klipu, który powstał do utworu “Little Star” – taką notką informuje o produkcjach warszawskiej grupy jej opiekun.

Aby dobrze przedstawiać o jakiego entuzjastę chodzi raz jeszcze zacytuję oficjalny prasowy opis: ”Slim Motion, to poszukiwanie kompromisu pomiędzy klasyką rocka, a nowoczesnymi trendami, które opanowały rynek współczesnej muzyki rozrywkowej”.

Chodzi więc o takie połączenie owych odległych od siebie (na pierwszy rzut oka, bo przecież mamy sporo funkrockowych kapel) stylistyk, by otrzymać coś zakorzenionego w tradycji, ale i świeżego zarazem, mającego szansę zainteresować także postępowych słuchaczy.

W praktyce oznacza to opartą na dynamicznym brzmieniu cięższą muzykę rockową, mocno pulsującą funkiem, nadawanym przez wyrazistą sekcję rytmiczną. Całość jest zdecydowanie bardziej swobodna niż hard czy nawet funk rock, nie ma jednak mowy o zapowiadanym tytułem EP-ki zaskoczeniu. Mieszanka jest tyleż zróżnicowana, co mimo wszystko dość konwencjonalna (jako fan Lesa Claypool’a i jego Primusa czuję się na tym polu mocno zawiedziony). Niemniej, grupa umiała zadbać o spójność materiału i odpowiedni groove.

EP-ka ”Surprise“ została zrealizowana w Freeze Art Studio, projektem graficznym zajęli się Andrew Cortes i David Cortes. Obok trzech rockowych piosenek, na krążku znalazł się również akustyczny numer ”Little Star”, do którego powstał teledysk.

Kto zatem mógłby zostać entuzjastą twórczości Slim Motion? A choćby fani Red Hot Chili Peppers. I to jest nazwa, która sporo o stołecznej formacji mówi.

Co dopiero światło dzienne ujrzały długo wyczekiwane płyty gigantów muzyki rozrywkowej – Bowiego, Depeche Mode, MBV czy Nicka Cave’a, a ja zamiast cieszyć się nimi, do znudzenia katuję EP-kę ”Tri” opolskiego tria Rubin714.

Nie. Absolutnie nie zestawiam tych wydawnictw. Sygnalizuję tylko, że na naszym rodzimym podwórku pojawił się nowy, znakomity materiał. W całości nie został jeszcze zaprezentowany do publicznego odsłuchu, ale można go już nabyć na stronie zespołu. Uwaga, EP-ka ”Tri” dostępna jest w niewielkim, limitowanym nakładzie – warto się pośpieszyć.

O zespole pisałem całkiem niedawno. Dziś, w związku z nowym wydawnictwem, tylko mały suplement – w formie wywiadu.

MuzzoDetektor: Pewno śmiejecie się z etykiet gatunkowych, zwłaszcza, że Waszą muzykę ciężko umiejscowić w jednym, konkretnym stylu, ale gdybym poprosił Was o opisanie materiału przyszłym/potencjalnym odbiorcom, jakbyście to zrobili?

Michał Michalski: – Naprawdę nie myślimy o tym. Przyszło mi do głowy, że to brzmi mniej więcej tak jakby pies zjeżdżał na motocyklu, po blaszanym dachu, do kotłowni hamując pazurami. Innymi słowy jest to zwykły, dziwny rock alternatywny.

MD: Widzicie zapotrzebowanie na tego typu granie w naszym kraju? Czy w ogóle przejmujecie się tym komponując?

Andrzej Burzyński: – Nie podchodzimy do grania od strony ”zapotrzebowania na nie”, chociaż widząc z jakimi trudnościami robi się koncerty w Polsce, to można fałszywie stwierdzić, że takiego zapotrzebowania nie ma.

M.M.: – Chcielibyśmy by było takowe zapotrzebowanie. Wówczas, być może nie musielibyśmy chodzić do pracy, lecz nie zastanawiamy się nad tym tworząc bo to oznaczałoby, iż wkradło się w nasze poczynania wyrachowanie, a wtedy równie dobrze moglibyśmy stworzyć zespół weselny i siekać szlagiery co weekend dla jakichś początkujących rozwodników.

MD: Nowy krążek to zaledwie pięć numerów. Jak mniemam od razu był tak pomyślany… Kiedy zatem pełnometrażowy materiał?

A.B.: – ”Tri EP” to 18 minut piosenek. Już w trakcie nagrywania poprzedniej EP-ki lepiliśmy nowe utwory, był wtedy maj i mięliśmy dwa nowe numery, potem nastało lato i numerów zebrało się cztery. A że korciło nas strasznie, żeby te utwory usłyszeć z głośników HIFI, uznaliśmy, że nagramy EP-kę w listopadzie 2012, tak aby spokojnie ją miksować i wypuścić wiosną. W międzyczasie powstał jeszcze jeden kawałek, który załapał się na listopadową zagrywkę. Tak powstało ”Tri EP” . Podczas miksowania powstały kolejne utwory itd. itd. Obecnie miksujemy singiel, a przyjaciele z HIPIXEL montują do niego obraz. Czyli będzie nowy teledysk. Niebawem.

– Jesteśmy w trakcie tworzenia kolejnych kompozycji. Jeśli nasza cierpliwość pozwoli i wyczekamy bez nagrywania pojedynczych produkcji i wypuszczania ich w eter, to może następny materiał będzie mieć pełnometrażowy charakter. Stawiam, że od pełnometrażowej płyty dzielą nas jeszcze singiel i dwie EP-ki. A może nigdy jej nie będzie?

M.M.: – Jesteśmy zbyt zniecierpliwieni. Nie sądzę byśmy kiedykolwiek dotrwali do płyty. Po prostu nowe numery wydają nam się tak genialne, że nie potrafimy ich zbyt długo utrzymać w tajemnicy.

MD: Wydaje mi się, że z materiałem na poziome EP-ki mielibyście szanse powalczyć na zachodnich rynkach, zwłaszcza, że hałaśliwe, gitarowe granie wraca tam do łask słuchaczy… i mediów. Myślicie o tym? Próbowaliście zagranicznych wojaży?

A.B.: – Nie zetknęliśmy się do tej pory z taką możliwością. Piosenki są w większości po angielsku, więc nie widzę przeszkód, żeby taka możliwość powstała. Dzięki, że Ci się tak wydaje 😉 i dzięki za wywiad.

M.M.: – Próbowałem spamować klipem do „Play With Matches” prominentne, undergroundowe blogi „z zachodu”. Wysłaliśmy również wiele zgłoszeń do zagranicznych wytwórni. Efekt był zerowy. Nawiasem mówiąc, w kwestii wytwórni to w kraju efekt był ten sam. Na wojaże nas nie stać. Krótko mówiąc szukamy sponsora. Tudzież szaleńca.

– Dzięki za rozmowę.

MD: Dziękuję.

W sklepach pojawił się dziewiąty album Mudhoney, „Vanishing Point”… Ale ja nie o nim. Amerykanie 28 maja br. zawitają do Polski, a ich występ poprzedzi koncert Destructive Daisy. I to właśnie tego, babskiego kwartetu z Gdyni, dotyczy dzisiejszy wpis.

W skład Destructive Daisy wchodzą: wokalistka Audri Roos, gitarzystka Magda Dams, basistka Kleo Malinowska oraz perkusistka Ada Dobrowolska. Dziewczyny współpracują od 2011 roku, w zeszłym ukazała się ich pierwsza EP-ka.

Formacja nie należy do żadnej wytwórni, nakład debiutanckiego wydawnictwa, zatytułowanego – jak na pierwszy materiał przystało – ”Destructive Daisy”, finansowany był z jej własnych środków.

Trudno się dziwić że gdyński kwartet załapał się na support legendy Seattle Sound. Twórczość Destructive Daisy to przede wszystkim grunge, choć słychać w niej także nieco żywiołowego, garażowego punk rocka (to ukłon w stronę kapel zaliczanych do ruchu Riot Grrrl). Inspiracje te są nieraz zbyt oczywiste, ale przecież trudno w stylistyce prostego łupania o jakieś nowatorstwo. Najważniejsze, że grupie udało się zachować bezpretensjonalność, charakter i energię. Co powinno zaprocentować zwłaszcza w graniu na żywo.

Dziewczyny przyznają, że zabiegają o rozpoznawalność, by móc jak najwięcej koncertować. Mudhoney, choć sam nigdy nie stał się szczególnie modny, wielu kapelom utorował drogę do sławy. Występ obok Amerykanów to na pewno szansa dla Destructive by zaistnieć w świadomości rodzimych fanów brudnego brzmienia spod znaku Sub Pop i flanelowych koszul. Moim zdaniem, powinni być zainteresowani.

”Zespół Mouga najzwyczajniej w świecie skończył działalność. Na jego miejsce powołaliśmy nowy band, The Sin Company” – takiej treści wiadomość znalazłem kilka dni temu w mojej mailowej skrzynce. Poważnie zaniepokojony, niezwłocznie zapytałem u jej źródła w czym rzecz.

Oto odpowiedź Stepola, perkusisty obu projektów:

”No, trochę się pozmieniało. Zaczęliśmy grać w trójkę, a nowy materiał był bardziej rockowy niż metalowy. Postanowiliśmy, że wydamy to pod nowym szyldem, The Sin Company. Mouga wydała swoją płytę już 4-lata temu i nie oszukujmy się, ale nikt nie czeka na nowe wydawnictwo. Myślę, że teraz jest ciekawiej. Zresetowani, ale ciekawsi :D”.

Z tym, że nikt na nową Mougę nie czeka to bym polemizował, najważniejsze jednak że po jej rozwiązaniu większa część ekipy podjęła kolejne wyzwanie. Obok Stepola, czyli Sebastiana Brzuszczaka, The Sin Company tworzą Mateusz ”Konyu” Konieczny (wokal, gitara) i Marcin ”Dywan” Misdzioł (bas).

Panowie zakończyli już pracę nad debiutanckim EP, choć jeszcze nie pojawiło się na rynku. Wiadomo, że nagrania produkował Jarek Toifl współpracujący m.in z zespołami Big Cyc, Piersi i Starguard. Dostępny jest też teledysk pilotujący wydawnictwo – obrazuje utwór „Wanted! Dead Or Alive”, a został zrealizowany przez gliwicką ekipę z Garage Made Video.

”Styl The Sin Company jest wypadkową świeżego, energetycznego rocka i oryginalnych brzmień spod znaku alternatywy” – reklamuje się The Sin Company.

Na razie wszystko się zgadza. Czy będziemy ubolewać nad końcem Mougi okaże się jednak po publikacji większej partii materiału.

Prezentując w poprzednim wpisie sylwetkę instrumentalnego duetu Without Percent nie przypuszczałem, że tak szybko będę tu polecał kolejny skład bez wokalisty w swoich szeregach. Pojawiła się jednak ważna okazja – znakomicie zapowiadający się, olsztyński kwintet Fade Out zaprezentował nowy klip i anonsuje oficjalny debiut.

Fade Out istnieje od lutego 2009 roku. Na koncie ma nagraną w domowych warunkach płytę demo „No Movie Soundtrack”, ten sam materiał zarejestrowany w wersji akustycznej oraz sporo wyróżnień, ze zwycięstwem konkursów ”EraMusicGarden” i ”Gdańsk Dźwiga Muzę” na czele.

Formacja wykonuje muzykę z pogranicza jazzu i rocka, bazującą na folkowych melodiach. W przeciwieństwie do Without Percent nie stawia na czystość brzmienia, a często zabarwia je punkowym brudem. Co wcale nie znaczy, że jej twórczość jest mniej wyrafinowana niż kompozycje krakowskiego duetu. Olsztynianie stawiają po prostu na inny rodzaj emocji – spontaniczność i żywiołowość. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że zapowiadana debiutancka płyta nagrana została „na setkę”.

Materiał zarejestrowano pod okiem Macieja Cybulskiego w RecPublica Studio, miks i mastering wykonał Marek Szwarc. Premiera wydawnictwa, które nosić będzie tytuł „Drunk Elephant”, planowana jest na początek lata.

Oto klip do tytułowego numeru:

Obecny skład grupy tworzą: Michał Baranowski – skrzypce, Kuba Staniak – instrumenty klawiszowe, Dawid Rakowski – gitara elektryczna, Kuba Kamiński – gitara basowa i Andrzej Postek – perkusja.

Ps. Jakiś czas temu przedstawiałem tutaj grupę Romantycy Lekkich Obyczajów, pamiętacie? Połowę tego prześmiewczo-refleksyjnego duetu stanowi Adam Miller. Adam grał kiedyś w Fade Out na basie.

Przedstawiają się nazwą Przeciwziemia, wyrażającą – jak tłumaczą -“chęć ucieczki przed schematami w muzyce, które narzuca współczesny mainstream“. Ucieczka odbywa się po przez łączenie muzyki etnicznej z rockiem, grungem, funkiem i jazzem. Jeszcze w tym miesiącu ukaże się ich druga EP-ka.

Zespół Przeciwziemia powstał w 2011 roku we Wrocławiu, założony przez Bartosza Sobieraja (gitara akustyczna, bağlama, wokal) i Konrada Kościelskiego (perkusja), którzy współpracowali już ze sobą w ramach wcześniejszych projektów. Wkrótce dołączyli do nich Tomasz Jaśkiewicz (gitara basowa), Przemysław Banaszek (klawisze, akordeon) oraz Krzysztof Labisz (saksofon sopranowy i tenorowy). Skład muzyczny uzupełniają instrumenty etniczne: sitar, saz, darbuka, hapi oraz tabla.

Druga, po wydanej w 2011 roku „Właściwości”, EP-ka zespołu została zarejestrowana w poznańskim studio CRS i będzie nosić tytuł „Tattooed Head Woman”.

“Niecałe pół godziny muzyki tworzą cztery piosenki i cztery opowieści (płytę wzbogacają bonusy – wersje anglojęzyczne dwóch utworów). Poczynając od tytułowej ‚Tattooed Head Woman’, pijackiej przyśpiewki, która zabiera w podróż do dusznej zakazanej knajpy, poprzez ‚Korytarze’, które delikatnie prowadzą w rejony wzajemnego przenikania dusz i ciał, ‚Szczury’ – groteskową wizję socjopatycznego delirium tremens, aż po ‚Covered by the sun’, kompozycję-podróż w poszukiwaniu Przeciwziemi“ – można przeczytać w notce prasowej.

Nie znam jeszcze całości wydawnictwa, ale wcześniejsza twórczość i te fragmenty nowego materiału, których słuchałem, wydają się potwierdzać cytowaną z notki obietnicę. Zapowiada się więc interesująco.

Premiera „Tattooed Head Woman” przewidywana jest na drugą połowę marca 2013 roku.

Oto klip pilotujący wydawnictwo:

Rzadko się zdarza (nie licząc sytuacji festiwalowych) by w ciągu czterech dni zaliczyć trzy interesujące koncerty polskich zespołów. W dodatku wszystkie w jednym mieście. Mnie się udało.

W środę, 6 marca, zdobywcy Paszportu ”Polityki” grupa tres.b wystąpiła w krakowskim Hard Rock Cafe, cztery dni później, w ramach DachOOFka Festival Premium, w Grodzie Kraka zagrały Łagodna Pianka i Nerwowe Wakacje.

Tres.b wprawdzie nie jest stricte polskim zespołem – tworzą go duński perkusista Thomas Pettit, pochodzący z Holandii Olivier Heim oraz polska basistka i wokalistka Misia Furtak, ale najnowszą płytę wydał nad Wisłą i tutaj rezyduje, więc traktuję go jak rodzimego wykonawcę. Najważniejsze jednak, że wszystkie zachwyty, którym krytycy obdarzyli trio potwierdziły się na żywo. Czy w ciepłej, alt-country’owej odsłonie czy tworząc nieomal post-rockową ścianę dźwięku grupa brzmi znakomicie. Co niezwykłe, udaje jej się w każdej sytuacji zachować: i energię, i subtelność, i przestrzenie. Warto podkreślić, że cykl ”Granie Na Żywo” Hard Rocka sprawdza się nieźle – mała scena, kameralna atmosfera i bliskość muzyków niewątpliwie wzmacniają doznania.

Na koncert Łagodnej Pianki wybrałem się, by zweryfikować naocznie to, o czym napisałem tu – trochę się więc denerwowałem. Niepotrzebnie. Nieprzekombinowane melodie i pozytywne nastawienie grupy szybko podziałały na publiczność. Bezpretensjonalne teksty (mimo słabego nagłośnienia) brzmiały zrozumiale i wpadały w ucho, do tego stopnia, że w odśpiewanie niektórych utworów włączała się publiczność – rzadki obrazek na koncercie zespołu bez płytowego debiutu. Choć wypada zaznaczyć, że Pianka miała sytuację komfortową – grała na swoim terenie, w dodatku jako laureat zeszłorocznej Dachoofki. Zobaczymy jak będzie dalej. Na wiosnę kwartet zapowiada pełnometrażową płytę, będą pewno i kolejne koncertowe okazje.

Nerwowe Wakacje to warszawski skład, mieli więc trudniej. Jednak za projektem stoją na tyle doświadczeni muzycy, że o żadnej tremie nie było mowy. Nerwowi to bowiem zespół założony przez Jacka Szabrańskiego (The Car Is On Fire) i Michała Szturomskiego (Afro Kolektyw), którym towarzyszą Piotr Machałowski i Łukasz Nowicki. Grupa ma na koncie debiut ”Polish Rock” (2011) i występy m. in. na Open’er Festival czy Off-ie. Rutyna nie zabiła radości z gry, a ta przełożyła się na pozytywny odbiór piosenek. Sentymentalny liryzm, humor, ładne melodie i przebojowość (w dobrym tego słowa znaczeniu) – chyba nawet lepiej działają live niż odtwarzane z płyty.

Zdaję sobie sprawę, że wybierając koncerty zespołów będących u progu kariery ryzyko wtopy jest spore, ale nagroda też bywa godna. Wspaniale jest zobaczyć jak zespół rozkwita (tres.b – i tu raczej ryzyka nie było!), ciekawie, jak walczy w nie do końca sprzyjających warunkach (Nerwowi), a ekscytująco, gdy ma się możliwość uczestnictwa w szlifowaniu się obiecującego talentu (Pianka).

Przedstawiają się jako “Zgraja stołecznych obiboków grających mieszankę punk rocka i rockabilly z domieszką swingu”. Poznajcie Spila, Patrynio, Miśka, Janka i Kowala, czyli ekipę Criminal Tango.

Zespół istnieje od października 2010 roku. W swojej twórczości nawiązuje, a właściwie stara się odtworzyć, bikiniarski klimat powojennej Warszawy.

W 2011 roku wydał minialbum pod wszystko mówiącym tytułem ”Warszawscy bikiniarze”, obecnie rozpoczął promocje pełnoprawnego debiutu zatytułowanego tym razem przewrotnie ”W granicach rozsądku”.

Jak podaje lider zespołu: ”Płyta oddaje atmosferę stołecznych knajp lat 50. Zatłoczone bary przepełnione dymem papierosów, alkohol, kobiety i muzyka, płynąca z płyt winylowych. To także amerykańskie wozy, kolorowe skarpety i krawaty w bomby atomowe”.

I tak właśnie jest: łobuzerka, meliny, pijatyki, czyli ostra zabawa. Rozsądku nie ma za grosz, a jedyną granicą jest świadomość, że wszystko to z przymrożeniem oka.

Jeśli lubcie skoczne, szybkie i surowo brzmiące ska, hałaśliwą punkową nutę, łajdackie historie, lub zaczytywaliście się w ”Złym” Tyrmanda koniecznie wyglądajcie debiutu i trasy Criminal Tango.