Archiwum kategorii ‘ Jazz ’

Wiem, że osiągnięcia Adama Bałdycha sytuują go daleko poza tematyką niniejszego bloga. Nie dość, że skrzypek, kompozytor i producent muzyczny jest laureatem praktycznie wszystkich ważniejszych konkursów jazzowych w Polsce, to przez wielu krytyków uznawany jest za nadzieję światowej wiolinistyki jazzowej. Nie jest więc Adam w żadnym razie nową twarzą na rynku; fanom gatunku przedstawiać go nie trzeba, ale wszystkich pozostały do zainteresowania się twórczością artysty zachęcam.

Jest dobra okazja, bo muzyk zamieścił właśnie na swoim profilu atrakcyjne, niepublikowane wcześniej materiały filmowe z koncertu Adam Bałdych Quartet, który odbył się 30 stycznia 2013 br. w Chełmie, w miejscowym Domu Kultury. Kwartet wystąpił w składzie: Adam Bałdych – skrzypce, Paweł Tomaszewski – fortepian, Michał Barański – kontrabas i Paweł Dobrowolski – perkusja.

Utwór “Village Underground”, który obrazuje wideo, to jedna z kompozycji z ostatniej płyty Adama ”Imaginary Room”. Album ukazał się w czerwcu 2012 roku nakładem niemieckiej wytwórni ACT Music (próbkę znajdziecie na profilu skrzypka).

”Imaginary Room” to jednak tylko skromny wycinek twórczości mieszkającego obecnie w Nowym Jorku Polaka. Artysta ma na koncie udział w wielu projektach związanych z różnymi muzycznymi stylami – od akustycznych po rockowo-jazzowe. Współpracował z całą plejadą wybitnych wykonawców takich, jak: Urszula Dudziak, Monty Waters, Grażyna Auguścik, Paulinho Garcia, Didier Labbe Quartet, NDR Big Band, Rene Van Helsdingen, Mika Urbaniak, Jarosław Śmietana, Luluk Purwanto, Leszek Możdżer, L.U.C, Jim Beard, Piotr Żaczek czy Ania Szarmach.

Jeżeli koncertowe oblicze Adama Bałdycha z jakiś względów was nie przekonuje, nie miejcie obiekcji by sięgnąć po inne produkcje z bogatej i różnorodnej oferty kompozytora, który sam o swoich inspiracjach mówi: „Rachmaninow i Radiohead, Miles Davis i Jimi Hendrix”.

Prezentując w poprzednim wpisie sylwetkę instrumentalnego duetu Without Percent nie przypuszczałem, że tak szybko będę tu polecał kolejny skład bez wokalisty w swoich szeregach. Pojawiła się jednak ważna okazja – znakomicie zapowiadający się, olsztyński kwintet Fade Out zaprezentował nowy klip i anonsuje oficjalny debiut.

Fade Out istnieje od lutego 2009 roku. Na koncie ma nagraną w domowych warunkach płytę demo „No Movie Soundtrack”, ten sam materiał zarejestrowany w wersji akustycznej oraz sporo wyróżnień, ze zwycięstwem konkursów ”EraMusicGarden” i ”Gdańsk Dźwiga Muzę” na czele.

Formacja wykonuje muzykę z pogranicza jazzu i rocka, bazującą na folkowych melodiach. W przeciwieństwie do Without Percent nie stawia na czystość brzmienia, a często zabarwia je punkowym brudem. Co wcale nie znaczy, że jej twórczość jest mniej wyrafinowana niż kompozycje krakowskiego duetu. Olsztynianie stawiają po prostu na inny rodzaj emocji – spontaniczność i żywiołowość. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że zapowiadana debiutancka płyta nagrana została „na setkę”.

Materiał zarejestrowano pod okiem Macieja Cybulskiego w RecPublica Studio, miks i mastering wykonał Marek Szwarc. Premiera wydawnictwa, które nosić będzie tytuł „Drunk Elephant”, planowana jest na początek lata.

Oto klip do tytułowego numeru:

Obecny skład grupy tworzą: Michał Baranowski – skrzypce, Kuba Staniak – instrumenty klawiszowe, Dawid Rakowski – gitara elektryczna, Kuba Kamiński – gitara basowa i Andrzej Postek – perkusja.

Ps. Jakiś czas temu przedstawiałem tutaj grupę Romantycy Lekkich Obyczajów, pamiętacie? Połowę tego prześmiewczo-refleksyjnego duetu stanowi Adam Miller. Adam grał kiedyś w Fade Out na basie.

– Od jakiegoś czasu miałem sporo pomysłów na groove’owe granie i chciałem zrobić projekt, który nie będzie uzależniony od wokalisty. Bartka (Latusa – przyp. OM) spotkałem przypadkiem w jakimś barze w Krakowie, znałem go ze słyszenia, wiedziałem, że jest świetnym gitarzystą, i tak od słowa do słowa zaproponowałem mu wspólny zespół – mówił mi pomysłodawca Without Percent, Leszek Żygłowicz. Choć zabrzmiało, jakby chodziło o szukanie partnera na jam session, to ponowie do działania przystąpili na poważnie i z pełnym zaangażowaniem. W dodatku do studia zaprosili sporo uznanych gości. Efekt, w postaci długogrającego albumu, który ujrzał światło dzienne w lutym br., okazał się znakomity.

Nad kompozycjami duet pracował od 2010 roku. W ciągu dwóch lat udało się stworzyć 17 utworów. Na krążek trafiło osiem z nich, w tym jeden jako remiks autorstwa Clean-Tone Factory. A w ich powstaniu udział mieli także m.in.: Tomek Łosowski, Bartek Pawlus, Daniel Mazurkiewicz i Krzysztof Pająk.

Nie jest łatwo utrzymać uwagę słuchacza instrumentalnymi kompozycjami, brak warstwy tekstowej wymusza stosowanie w tym celu rożnych zabiegów. Opracowane w stylistyce fusion utwory W% skrzą się pomysłami, niektóre charakteryzuje skomplikowana struktura, inne free-jazzowa wolność, a jeszcze inne funkujący rytm. Dobra selekcja i dobór powodują, że całość nie przytłacza i nie nudzi; zespół zadbał by było miejsce: i na kontemplację, i na oddech.

„Obecność zaproszonych muzyków sprawia, że materiał brzmi wielowymiarowo; każdy z nich prezentuje inny styl i tworzy nową jakość w różnych utworach. Dzięki temu płyta jest bardziej zróżnicowana i energetyczna” – napisał w materiałach promocyjnych zespół i niewiele przesadził. Polecam!

Czasem warto czekać

Wrzesień 27, 2012 | Brak komentarzy | Jazz, Pop

Na swoim profilu Dominika Zioło o pracy nad debiutem informowała już kilka lat temu. Album zatytułowany ”Między nami” w końcu ujrzał światło dzienne we wrześniu bieżącego roku. Jak podaje wydawca: „w jego nagraniach wziął udział ponad 10-osobowy zespół muzyków i kilku współpracowników”. Trudno się więc dziwić, że musieliśmy tak długo czekać.

Dominika kształciła swój warsztat na Akademii Muzycznej w Katowicach (studentka Wydziału Wokalno–Aktorskiego w latach 2000-2004). Choć ”Między nami” to jej pierwszy krążek, ma za sobą kilka lat scenicznych występów, można było ją usłyszeć podczas wielu koncertów i festiwali, m. in.: Vena Music Festival czy United Europe Jazz Festival.

Informując o materiale szykowanym na debiut Dominika pisała, że będzie oscylował na pograniczu muzyki soul, pop, funk i smooth-jazz. Choć nie znam całości płyty, wydaje się, że swoje ambicje w pełni na niej zrealizowała. W utworach takich, jak ”Bardziej niż trochę”, ”Tyle miejsc”, ”Czekam” czy ”Up!” eleganckie, popowe dźwięki i jazzujący wokal spotykają się z latynoskimi rytmami, i, co tu dużo mówić, kobiecym urokiem. Jeżeli całość trzyma taki poziom, bez ociągania przyznam, że na debiut śląskiej wokalistki warto było czekać.

Trójmiejski zespół The Moongang, choć założony został ledwie trzy lata temu, zrzesza doświadczonych i obytych ze sceną muzyków. Charakter jego twórczości – jak sami członkowie kolektywu przyznają: ”Z jednej strony wyznacza szacunek do blues-rockowej tradycji, z drugiej ciągła chęć eksperymentowania”. Takie podejście sprawia, ze zakorzenioną w bluesie muzykę sekstet ubarwia elementami wielu innych gatunków, takich jak choćby jazz, soul czy funky.

Taka też ponoć jest debiutancka płyta The Moongang, zatytułowana ”Taxi”, która ukazała się 10 września. Na albumie nagranym w składzie: Joanna Knitter, Piotr Góra, Karol Kozłowski, Marcin Wądołowski, Hubert Świątek oraz Roman Badeński, znalazł się w całości autorski materiał, stworzony – co muzycy wyraźnie podkreślają: ”Niezależnie od aktualnych trendów i istniejących nisz muzycznych”.

Fragmenty utworów, które znam, wszystko to potwierdzają. Materiał zrealizowany zaledwie w ciągu dwóch dni (nagrany na tzw. ”setkę”), choć jest lekki i przestrzenny, kipi energią, nie gubiąc przy tym melodii i elegancji. Wydaje się, że ani wielbiciele tradycji, ani poszukujący świeżych doznań melomani nie powinni czuć się zawiedzeni. Problem mogą mieć jedynie gatunkowi puryści, ale ten fakt zaliczyłbym zdecydowanie do plusów, niż wad muzyki The Moongang.

Pamiętacie grupę Siedem, która 1999 w roku wygrała konkurs „Debiuty” na festiwalu w Opolu i wylansowała piosenkę „O smokach”? Nawet jeśli w pierwszej chwili tej nazwy i tytułu nie kojarzycie to z pewnością po kilku nutach utworu zorientujecie się o kim mowa. Choć, po prawdzie, to mowa będzie o kimś innym.

Po wydaniu dwóch albumów z formacją Siedem, jej wokalistka, Magdalena Piwowarczyk, założyła w 2006 roku w Krakowie nowy projekt. W jego skład weszli: Jacek Bielecki – bas, wiolonczela; Maciek Salus – gitara oraz perkusista Bartek Rojek. Kwartet przyjął nazwę Mano (proszę nie mylić z Mono) i właśnie sposobi się do debiutu. Płyta zatytułowana „Kamienie” ma ukazać się w drugiej połowie września.

Utwory muzyczne Mano różnią się od piosenek firmowanych szyldem Siedem. Numery dostępne na profilu kwartetu zwiastują album będący mieszanką jazzu, muzyki poetyckiej i stylistyki określanej jako world music. Cechują je: szczerość, subtelność i elegancja. A choć muzycy operują oszczędnymi środkami, pojawiają się też wirtuozerskie ozdobniki.

Czy Mano powtórzy sukces Siedem? Nie podejmuje się wyrokować. Po pierwsze, nie znam całości. Po drugie, choć muzyka krakowskiego kwartetu skierowana jest do bardziej wyrobionej publiczności niż propozycje pierwszego zespołu Magdy (jest zdecydowanie mniej mainstreamowa), to wcale nie znaczy, że nie może spodobać się szerokiej publiczności. Zwłaszcza kawałki wykonywane po polsku mają spory komercyjny potencjał. Po trzecie, nie o to chodzi by się ścigać z przeszłością – sama zainteresowana o płycie mówi tak: „Chyba całe życie czekałam na te piosenki, na taki skład i rozwinięcie pomysłów, które chodziły za mną kilkanaście lat. I żeby czuć się tak jak teraz”.

Choć debiut Via Rei umieściłem na liście „12 wydanych własnym sumptem, polskich debiutów 2011 roku” zrobiłem to trochę awansem. Proszę nie doszukiwać się spiskowych teorii – album przesłuchałem na stronie zespołu. Dziś dotarł do mnie w wersji fizycznej, a że przy okazji wspomnianego podsumowania obiecałem o grupie opowiedzieć, jest więc dobra okazja.

Powstały w 2002 roku zespół Via Rei swoją muzykę określa mianem ”alternator jazz reggae”. Brzmi to dość dziwnie, ale całkiem zgrabnie opisuje twórczość tarnobrzeskiej ekipy. Z jednej strony mamy słoneczne, jamajskie rytmy, z drugiej mnóstwo jazzowych wstawek. Ale album ”W pogoni” to nie żadna krzyżówka gatunków uprawnianych przez Milesa Davisa i Boba Marleya. Via Rei prezentuje cały kalejdoskop klimatów: czerpie z tradycji free jazzu, sięga po taneczne ska, transowy dub, elementy etno, a nawet flirtuje z rockiem. Materiał, dzięki sprawności muzyków, urzeka lekkością, choć jest przy tym na swój sposób elegancki. Łatwo odnieść wrażenie, że takie muzykowanie sprawia członkom Via Rei radość. Ta pozytywna energia udziela się słuchaczowi, choć wyrafinowane, instrumentalne momenty sprawiają, że nie zawsze jest to chwytliwa muzyka.

Jakby tego było mało, dwa remiksy zamykające album pokazują, że grupa nie boi się eksperymentów i potrafi być nieprzewidywalna. W tym wypadku to atut. Fajna i niezwykle barwna płyta. Absolutnie nie mogło jej na publikowanej przeze mnie liście zabraknąć, a nawet więcej – myślę, że spokojnie w podobnym zestawieniu uwzględniającym oficjalne debiuty z łatwością znalazłaby swoje miejsce.

”Mamy tu jazz jak A Tribe Called Quest / Mamy bit tu jak Doug E. Fresh / Mamy bas tu jak Marcus Miller / I jak O.S.T.R. na jazz wolne chwile / Słuchaj uważnie bo wena nam nie gaśnie / To wielkoformatowy rap, nie 9 na 13” – chwaliła się w piosence ”Jazz” kilka miesięcy temu grupa Mango Collective. Natchnienie faktycznie nie uleciało i zespół niedawno wszedł do studia by zarejestrować materiał na pełnoprawny debiut.

Mango Collective obecnie tworzy w sześcioosobowym składzie – Patryk „Dziunek” Wroński (wokal), Anna Stańczyk (wokal), Bartek Dworak (skrzypce), Kajetan Borowski (instrumenty klawiszowe), Grzegorz Sipiora (bas) i Maciek Boryczko (perkusja).

Muzyka formacji balansuje na granicy hip-hopu i funku, wzbogaconych wieloma innymi gatunkami: od soulu aż po jazz. Teksty nie służą tylko wysławianiu talentów członków grupy, ale, czasem humorystycznie, czasem bardziej poważnie, opowiadają o pasji, jaką jest dla nich muzyka. Wszystko podane na luzie i z dużą wprawą.

Choć gustuję w innych stylistykach tarnowski kolektyw zarazili mnie swoją muzyką do tego stopnia, że na wspomniany album czekam z niecierpliwości, śledząc każdą o nim wzmiankę. Wpis zespołu na jego oficjalnej stronie z 26 listopada głosi: ”Dwa kolejne numery wbite przez Dziuna, to jeszcze jakieś 6/7 zostało”. Wygląda więc na to, że już wkrótce (nieoficjalnie mówi się o początku przyszłego roku) będzie można cieszyć się nowym materiałem.

Grupa nagrywa go w 07 Studio, w swoim rodzinnym mieście. Produkcją zajął się Leszek Łuszcz, mający na koncie współpracę z takimi artystami, jak Maria Peszek czy Robert Gawliński.

Zanim ukaże się album warto sprawdzić nagrania dostępne na profilu Mango Collective. Zachęcam nawet tych, którzy, jak ja, niespecjalnie gustują w gatunkach uprawianych przez tarnowian. Dla nich jeszcze jeden fragment singla ”Jazz”: ”Otwórz uszy szerzej choć na moment / Przekraczaj granice, pokaż się poza domem / W tych kilku słowach jest ukryty sens / Sprawdzaj różne style rap, funky, jazz”.

Pamiętacie Dominikę Paradowską, uczestniczkę IV edycji programu ”Idol”? Nie? Nieładnie! Ale nie szkodzi. Najważniejsze, by utkwiła wam w głowie nazwa Pullover – szyld trójmiejskiego projektu, którego Dominika jest wokalistką.

Choć muzycy tworzący Pullover pracują wspólnie od 2005 roku, swoją pierwszą płytę wydali trzy lata później. Album „Evergreen” przyniósł muzykę oscylującą wokół takich nurtów jak: funk, pop, neosoul oraz różnych odcieni muzyki jazzowej, od smooth po acid.

To co wyróżnia Pullover na tle podobnych projektów, to właśnie Dominika, a konkretnie jej nietuzinkowy, charakterystyczny głos – pełen zadumy i subtelnego ciepła. Mocną strona utworów są także ciekawe brzmienia instrumentów klawiszowych oraz nieinwazyjne loopy i sample, za które odpowiada Mirek Hałenda.

Obok wspomnianej dwójki, Pullover tworzą: Darek Śleszyński (bas), Szymon Damięcki (gitara) i Michał Kruczalak (perkusja). Podczas koncertów kwintetowi towarzyszy dodatkowo, grający na trąbce, Wojtek Brzozowski.

Obecnie grupa dużo koncentruje i promuje swój klip ”Love Undone”, który zapowiada drugą płytę. Od menadżera formacji dowidziałem się, że materiał jest już gotowy i trwają poszukiwania wydawcy.

Jeżeli podoba wam się debiut grupy, warto wypatrywać koncertu Pullovera w swoim mieście, a jeśli ”Love Undone” szczególnie przypadł wam do gustu, ściskajcie kciuki za owocne poszukiwania wytwórni.

Robiące furorę w programie ”X Factor” Anna Karamon i Aleksandra Nowak to tylko część (i to mniejsza!) formacji działającej pod nazwą Zespół Dziewczyny. Choć w telewizyjnym show panie radzą siebie znakomicie, warto poznać autorską twórczość ich grupy.

Dziewczyny wystartowały jako duet w 2008 roku. Dość szybko jednak do Ani i Oli dołączył gitarzysta Krzysztof Łochowicz. I choć trio, pod szyldem Dziewczyny, zdobyło uznanie i liczne nagrody, to chęć rozwijania się i poszerzania muzycznych granic zaowocowała zaproszeniem do składu dodatkowych muzyków. W zespole pojawili się kolejni panowie: Maciej Matysiak (kontrabas), Artur Lipiński (bębny) i Bogusz Wekka (instrumenty perkusyjne, przeszkadzajki). Od tego momentu (2009 rok) nazwa formacji, która stała się sekstetem, brzmi: Zespół Dziewczyny.

Powiedzieć, że Ania i Ola są jedynie założycielkami i twarzami projektu jednak nie można. Śpiewające dziewczyny twardo stoją na czele zespołu. Debiutancka płyta, „Dziewczyny z sąsiedztwa”, która ukazała się przed rokiem, zawiera 11 autorskich utworów, mówiących o kobietach, ich problemach, uczuciach i pragnieniach. Skierowana jest też przede wszystkim do przedstawicielek płci pięknej. Zresztą wokalistki o swojej muzyce, która jest mieszanką akustycznego bluesa, rock’n’rolla, jazzu i swingu, mówią żartobliwie: „baba-riba jazz”.

Płyta nie wywindowała grupy na szczyty list przebojów, ale biorąc pod uwagę wyrafinowaną, choć lekką, muzyczną stylistykę i dość poważne teksty, nie miała na to szans. Pozwoliła jej jednak zyskać spore uznanie krytyków i wielu świadomych fanów.

W programie ”X Factor” Ola i Ania trafiły do domu jurorskiego Mai Sablewskiej. Miejmy nadzieje, że była menedżerka Dody i Mariny Łuczenko pomoże zaistnieć dziewczynom z ich własną muzyką i pomysłami, a nie namówi do przejścia na ”łatwiejszy do sprzedania” repertuar.