Archiwum kategorii ‘ Metal ’

Industrialno-rockowa formacja Bremenn istnieje niemal dekadę, jednak album „Flowers Of Fall”, który właśnie ujrzał światło dzienne, jest jej oficjalnym debiutem.

Wcześniej były EP-ki i różne inne próby zaprezentowania twórczości słuchaczom, jednak proza życia uniemożliwiła grupie dostąpienia zaszczytu oficjalnego debiutu. Bremenn kazali na siebie czekać długo, ale od razu zaatakowali szeroką ławą. Od 26 lutego wydawnictwo „Flowers Of Fall” dostępne jest na całym świecie w dystrybucji cyfrowej – poprzez Amazon, iTunes, Deezer i Spotify.

„Flowers Of Fall” to album koncepcyjny. Tak opisywał go w jednym z wywiadów lider formacji, Grzegorz Kabasa: ”Kompozycje tworzą opowieść o młodym chłopaku, który pewnego dnia zorientował się, że jego senne pragnienia, po przebudzeniu znikają lub nie do końca się realizują. Zaczął szukać różnych miejsc w życiu, które miały mu pomóc – od miłości prawdziwej, przez miłość cielesną, bycie sławnym, modnym, władczym, różne kombinacje. Nasz bohater zagapił się i w decydującym momencie nie wykorzystał swojej życiowej szansy. Stąd sugestia, że może warto byłoby się zastanowić nad właściwymi priorytetami”.

Jeżeli więc lubicie albumy z motywem przewodnim i przekazem, a do tego kręcą was ostre, metalowe riffy i zniekształcone różnymi efektami wokale, pojawiające się w otoczeniu ciężkiej elektroniki, zachęcam do sprawdzenia debiutu Bremenn. Zwłaszcza, że serwisy streamingowe – Deezer i Spotify, gdzie można go znaleźć, po wejściu do Polski, proponują darmowe okresy próbne.

W sieci pojawił się utwór „The Calling” pochodzącej z południa Polski formacji Soundscape. Kompozycja wraz z teledyskiem zapowiada debiutancką płytę zespołu.

Początki Soundscape datują się na 2008 rock, kiedy to pomysłodawca, główny kompozytor i gitarzysta Krzysiek Siryk (Sacrum, ex-Ciryam) postanowił powołać do życia własny muzyczny projekt oscylujący w rejonach rock-metal-progressive. Muzyk do składu zaprosił: Krzysztofa Dybasia (wokal), Tomasza Marmolę (bas), Łukasza Wełnę (gitara) i Mariusza Bieniasza (instrumenty perkusyjne).

Zespół nie ujawnił jeszcze szczegółów pierwszego wydawnictwa, wiadomo, że będzie zatytułowane ”Synæsthesia Deluxe”.

Polecam zapoznać się nie tyle z klipem i wersją singlową „The Calling”, co przesłuchać dostępnej na profilu zespołu jego ponad dziewięciominutowej wariacji noszącej podtytuł ”Advanced Mix”.

Rozpoczynający się jazzowym intro, a złożony z wielu elementów charakterystycznych dla różnych (w tym niemetalowych) muzycznych stylistyk utwór pokazuje umiejętności kompozycyjne zespołu i zwiastuje bardzo intrygujący, eklektyczny album.

W relacji z półfinału ”Browar Rock Festival”, tłumacząc dlaczego zespół From Afar nie przeszedł do kolejnego etapu, napisałem: ”Muzycy From Afar wyraźnie przeszarżowali z ilością patentów, co dało efekt chaosu i było mało zjadliwe. Choć może to słabe nagłośnienie nie pozwoliło docenić wszystkich smaczków materiału przygotowanego przez rzeszowską formację, bo te zlały się w całość…”(”Dwa z trzech, czyli męki jurora”, 21.III.2012 ).

Od kilku dni, a może już tygodni, słucham studyjnej wersji utworów From Afar wydanych w postaci EP-ki „The Abyss Gazes Into You”, nie mogąc wyjść z podziwu, jak wiele w nich dźwiękowej przestrzeni, w której zmieściły się: i niejednolite wokale, i wyrazisty rytm, i elektronika, i wiele innych, różnorakich, progresywno-metalowych patentów. Nie tworząc przy tym ani wrażenia przesytu, ani przekombinowania.

Czy zatem żałuję podjętej podczas przeglądu decyzji? I tak, i nie. Z jednej strony szkoda, że tak dobra muzyka nie dostała szansy by zabrzmieć na dużej scenie podczas finału imprezy; z drugiej, uczciwość nakazywała ocenić to co się słyszało. Choć w sumie do obowiązku jurora należy wiedzieć więcej, może więc powinien oprzeć się na innych przesłankach, np. materiale demo i zaryzykować… Ale jak wtedy wytłumaczyć werdykt tym, którzy przegląd obserwowali? Ciężka sprawa.

Bardzo jestem ciekaw czy w lepszych warunkach From Afar da sobie radę, czy po prostu granie live wybitnie chłopakom nie leży – czasem i tak się zdarza.

Niemniej, EP-kę ”The Abyss Gazes Into You” z czystym sercem wam polecam, wypatrując najbliższego koncertu grupy, by raz jeszcze zweryfikować spod sceny umiejętności zespołu.

Candida rozpoczyna promocję trzeciego albumu, ale nagrała go w mocno przebudowanym składzie. Pozwolę więc sobie potraktować ją jak nowy muzyczny twór i parę słów tutaj o niej napisać. Robię to z kilku względów, o których poniżej.

Zmiany, jakie nastąpiły w poznańskiej formacji mają dwa wymiary. To, że zespół zyskał nowych członków, w tym frontmana – to jeden. Drugim jest fakt, że ów frontman to wokalista, który dla Candidy całkowicie zmienił swoje muzyczne emploi.

Nie ma fanów polskiej muzyki, którzy nie znaliby Gabriela Fleszara – bo o nim tutaj mowa – i jego popowego hitu ”Kroplą deszczu”. Za to niewielu pewnie widziało rockową twarz wokalisty. Jest ku temu okazja, bo repertuar Candidy to mieszanka ciężkich stylistyk, takich jak: nu metal, stoner rock czy grunge.

Nasuwa się oczywiste pytanie: czy Gabriel sprawdza się w nowej roli?

Bazując na dostępnych próbkach nagrań, uważam, że jak najbardziej. Zdaję sobie jednak sprawę, że taka zmiana wizerunku może wydawać się podejrzana, stąd też naciągam nieco reguły panujące na blogu, nakazujące pisanie tylko o debiutantach, i apeluję:

Do amatorów wczesnych nagrań Candidy,

Nie zrażajcie się zmianami wewnątrz zespołu. Jeżeli obawiacie się, że Gabriel brzmi sztucznie czy specjalnie gimnastykuje się by sprostać wymogom nowej stylistyki, nie ma do tego podstaw. Brzmi i wygląda rasowo. Co najmniej na tyle, by dać grupie szanse i przesłuchać płytę.

Do fanów popowego Fleszara,

Nie zrażajcie się i wy. Życiorys artystyczny autora piosenki którą pokochaliście, jest pełen zakrętów, co czyni go niezwykle ciekawym. Warto sprawdzić, gdzie dziś znajduje się wasz idol, bo wolta jaką wykonał z pewnością świadczy o odwadze z jednej, ale i niespokojnym duch z drugiej strony. A to już cechy artysty, za którymi może pójść… sztuka.

PS1. Oficjalna data premiery albumu zatytułowanego „Frutti di Mare” wyznaczona jest na 29 listopada.

PS2. Po zmianach w składzie, których – jak wspomniałem – było więcej, Candidę obok Gabriela (wokal, gitara) tworzą: Kuba Leciej (wokal, gitara; Man On The Moon, współpracuje z m.in. Lombardem i DonGuralesko), Maciej „Ślepy” Głuchowski (były perkusista m.in. Acid Drinkers i Armii, jedyny członek oryginalnego składu Candidy), Michał Podciechowski (bas; eks-Moonlight) oraz DJ Kostek.

Nowa marka

Październik 29, 2012 | Brak komentarzy | Elektronika, Metal

Choć projekt Nohra istnieje ledwie od miesiąca, stojący za nim muzycy do żółtodziobów nie należą. Działają więc sprawnie, czego efekt dostaliśmy w postaci singla z trzema utworami. Dodam, bardzo obiecującymi utworami.

Oficjalnie zespół Nohra został skrzyknięty przez Norę i Damiana Machej (ex. Horrida) 1 października 2012 w Kończycach Małych. Koncepcja projektu oraz pierwsze zarysy utworów sięgają jednak jeszcze 2009 roku, kiedy to duet pracował nad trzecią płytą rodzimej grupy. Zafascynowani niestandardowymi brzmieniami oraz wielowarstwową konstrukcją muzyczną, poszli wtedy drogą obejmującą zdecydowanie szersze spektrum twórczych eksperymentów niż wędrowała Horrida.

Jak wyjaśniają: ”Gdy początkiem 2011 roku rozpoczęto nagrania w Studio EWR w Kęszycy Leśnej było już pewne, że bezczelność i tupet warstwy tekstowej oraz elektroniczna agresja połączona z epicką megalomanią to nowa jakość, która musi być sygnowana inną marką”.

Tą marką ma stać się Nohra.

Realizację trzech pierwszych utworów powierzono Ignacemu Gruszeckiemu znanemu m.in. ze współpracy z Marcinem Borsem (Nosowska, Hey), basem zajął się Grzegorz Goły (również ex. Horrida, Tomasz Andrzejewski, Mariposa), a za bębnami gościnnie usiadł Piotr „Pienał” Pęczek (Horrorscope). Kompozycją, gitarami, programowaniem oraz preprodukcją zajął się Damian tworząc grunt pod wokale Nory. Nagrań dokonano we wspomnianym EWR Studio oraz we wrocławskim Fonoplastykonie.

Twórczość Nohry rzeczywiście wymyka się prostym klasyfikacją. Niby można znaleźć inspiracje metalowymi czy też nu metalowymi kapelami, industrialną elektroniką spod znaku Rammsteina, lub np. dynamiką i agresją rodzimego My Riot, ale to i tak niewiele znaczące tropy, nie wyczerpujące bogactwa stylistyki zespołu.

Premierę pełnoprawnego albumu Nohra zapowiada na wiosnę 2013. Jeżeli utrzyma taką formę może to być znaczący debiut nie tylko na metalowej scenie.

Utworów Nohry posłuchacie tutaj.

Inspirują ich kultura i religia starożytnych Azteków, ale łoją jak najbardziej współczesny, brutalny deathcore. Pełnego albumu jeszcze nie doczekali (wiosną wydali dopiero drugą EP-kę), a i tak cieszą się mianem zespołu, na którego koncerty się czeka. Do tego, na jesień, zapowiadają europejską trasę. Wygląda na to, że Soundfear to kolejne mocne uderzenie polskiej sceny metalowej.

Grupa powstała w 2004 roku z inicjatywy Jerzola (Piotr Jerzyk – gitara), Bochena (Marcin Buchnajzer – gitara) i Johnnego (Johnny Habib – perkusja), do których wkrótce dołączyli: wokaliści – Sołtys (Szymon Orłowski) i Obier (Rafał Dworcza) oraz basista Myrkul (Michał Sawerski). Pierwszy materiał demo, ”Head Sarcifice”, zespół zaprezentował w 2010 roku. Dwa lata później światło dzienne ujrzała EP-ka ”676”, od której o grupie zaczęło być głośno. Agresywnej mieszance deathcore’u i death metalu towarzyszą rozpisane na dwa wokale teksty, opisujące odległe światy, okrutnych bogów i mistyczne rytuały, budując charakterystyczny i – co by nie mówić – uwodzący tajemnicą klimat.

Zespół przedstawia się jako kapela: ”Stworzona przez młodych i ambitnych ludzi, których połączył wspólny cel oraz ogromna determinacja”. I takie też sprawia wrażenie, które przejawia się nie tylko w muzyce (przemyślanej, dopracowane i konsekwentnej), ale także w byciu przygotowanym na fanów (merch) oraz otwartości do współpracy z szerokorozumianym show biznesem (aktualne strony www, zawierające wszystkie potrzebne i przydatne różnym podmiotom informacje – w materiałach do pobrania są nawet teksty utworów). Wiem, że trochę dziwnie o tym pisać, ale wcale nie jest to takie bagatelne. Fajnie móc łatwo dotrzeć do zespołu, którego muzyką się człowiek zainteresował, albo którego chce się zaprosić na koncert, wywiad, itp. Często jest z tym kłopot.

4 października Soundfear wraz z krakowską formacją Drown My Day (pisałem o niej tutaj) wyrusza w europejską trasę koncertową, która zacznie się od Krakowa i będzie kontynuowana w jedenastu miastach Starego Kontynentu. Wnioskuję, że priorytety kaliski sekstet także ma poukładane. Najpierw rozbudzić oczekiwania, potem odpowiedzieć na nie płytą. Podoba mi się takie podejście. Oby się udało!

”Ogólnie pojęty metal… Trochę łamania, trochę kombinowania – ale w granicach rozsądku” – napisali o swojej twórczości w notce informacyjnej członkowie grupy Youdash. Jako inspiracje wymienili Lamb Of God, Death i… Franka Zappę (sic!). Ja, po wizycie na ich profilu dołożyłbym jeszcze Acid Drinkers i zaryzykował stwierdzenie, że puszczają oko w stronę Primusa. I to chyba byłoby tyle. Albo… aż tyle.

Youdash powstał na gruzach grupy Metalmorphosis. Pod nowym szyldem gra od listopada 2010 roku. W marcu tego roku zarejestrował materiał na Ep-kę, którą zatytułował „Na pohybel” (w całości do odsłuchu na profilu grupy).

Wydawnictwo zawiera zaledwie trzy utwory stąd stwierdzenie, że upchnięcie w nich tylu muzycznych odniesień to sporo. Najważniejsze jednak, że słuchając materiału nie pojawia się uczucie przesytu czy przekombinowania. Są przestrzenie na melodie i solówki, są stoner rockowe spowolnienia, są różnorodne wokale. Rozbudowane, siedmiominutowe numery, pozwoliły wszystko to sprawie porozmieszczać, choć gatunkowym purystom ich przełknięcie może nie przyjść łatwo.

EP-ka, zgodnie z prawidłami wydawniczymi, zaostrza jednak apetyt. Bardzo jestem ciekaw czy Youdash granice – tak przez siebie definiowanego rozsądku – może jeszcze poszerzyć.

Tam wióry lecą. Nie, nie przesadzam. Skoro mowa o grupie grającej – jak sama się anonsuje – prawdziwego hard rocka, stosowna gwara środowiskowa wydaje się konieczna. Od razu zaznaczę: choć w twórczości ThE BlacK HorsemeN słychać, i to bardzo wyraźnie, liczne zapożyczenia od klasyków – z całej rozpiętości wspomnianej stylistyki, od Kiss aż po King Diamond, ma ona swój własny wyraźny stempel.

Nadają go: oryginalnie brzmiąca, przesterowana wiolonczela oraz mieszanina trzech różnych wokali. Choć na tym ostatnim polu najwięcej do powiedzenia ma – co oczywiste – frontman, dzięki któremu zespół ThE BlacK HorsemeN jest pierwszym przedstawicielem ciężkich brzmień, który wystąpił na koncercie Debiutów Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu (MeroT wygrał najpierw jeden z odcinków ”Szansy na sukces” – wykonując ”Jaskółkę uwięzioną” Stana Borysa, a następnie popisał się w finale i zdobył dla grupy tę możliwość), to pozostali dwaj wcale mu warunkami wokalnymi nie ustępują. Śpiew wiolonczelisty ThE GuidEa, głównie przeplatający partie MeroT, nadaje muzyce formacji rockowej dynamiki, z kolei ”piskliwa” barwa gitarzysty D’arch Angela porywa ją w stronę klasycznego heavy metalu. Co istotne – wierzcie, lub nie, bo domyślam się, że może być trudno – całość jest spójna.

Członkowie grupy przyznają, że najważniejsze są dla nich koncerty. Podczas półfinałowego występu (w ramach przeglądu Browar Rock Festival 2012), gdzie miałem okazję ich oglądać, potwierdzili te słowa, choć pewne elementy show wydawały się zbyteczne, a brakowało typowego dla tej stylistyki kotła pod sceną. W końcu hard rock to czad, ogień i rzucanie piórami, a nie niedzielny podwieczorek. Myślę, że na dużej scenie, podczas BRF2012 – do którego awansowali – tego wszystkiego nie zabraknie.

Zacząć muszę od przyznania się, że profil Obscure Sphinx odwiedziłem po raz pierwszy dość dawno temu i nie przykuł wtedy mojej uwagi. Zupełnie nie wiem czym to tłumaczyć. Po pierwsze, bardzo lubię klimaty post-rocka i post-metalu – o czym już tutaj wielokrotnie wspominałem. Po drugie, mam słabość do damskich wokali otoczonych potężnie brzmiącym hałasem.

Założony w 2008 roku Obscure Sphinx gra właśnie taką muzykę – oscylującą między post, doom i sludge metalem, a jej mocnym punktem jest niepokojący, noszący znamiona szaleństwa wokal frontmanki – Zofii ‘Wielebnej’ Fraś (odpowiedzialnej także za sample).

W zeszłym roku grupa zadebiutowała albumem ”Anaesthetic Inhalation Ritual” i wygląda na to, że przeoczyłem rzecz niezwykle ciekawą. Teraz, gdy szukam informacji o zespole okazuje się że sporo, i to w samych superlatywach, o nim pisano, co więcej – suportował lubianych przeze mnie wykonawców. Dziwnym trafem nasze ścieżki się jednak nie przecięły.

Na profil grupy zajrzałem ponownie dopiero kilka dni temu przeczytawszy informację o jego dwóch koncertach: jutrzejszym (15 kwietnia) w Sopocie i majowym w Warszawie, gdzie wystąpi jako gość Tides From Nebula. Przesłuchałem zawartość profilu i przyznaję: przy pierwszym spotkaniu z zespołem intuicja zawiodła mnie na całej linii. Jeżeli lubicie klimaty Neurosis, Isis, Pelican czy Cult of Luna, nie wahajcie się sięgnąć po album Obscure Sphinx i wybrać na któryś z koncertów.

Jak się domyślacie, nie widziałem dotąd warszawskiej ekipy na żywo, za rekomendacje nich więc posłuży poniższe wideo i opis z profilu: ”ich koncerty to misteria mroku, niewyjaśnionych lęków i wykrzyczanych, wcześniej tłumionych, emocji”. Jeśli tak rzeczywiście jest, a lepiej poinformowani ode mnie twierdzą, że jest – to podwójna ze mnie trąba!

Przyjąłem sobie zasadę, że na blogu prezentuję sylwetki wykonawców stawiający dopiero pierwsze kroki w muzycznym show-biznesie. Dla bohatera dzisiejszego tekstu robię wyjątek. Na usprawiedliwienie mam, że Frostbite choć liczy sobie dekadę i ma na koncie sześć demówek – dotąd nie zaliczył oficjalnego debiutu.

Ja to się stało? Podejrzewam, że zaważył na tym fakt, że nu metal w Polsce się po prostu nie przebił, a w takiej stylistyce porusza się Frostbite. Pisząc: nie przebił – mam na myśli kręgi władne decydować o kontraktach i wydawnictwach, bo przecież fanów Korna, Deftones czy Limp Bizkit w naszym kraju nie brakowało i nie brakuje. Rodzime kapele taż powstawały, ale żadna na większą skalę nie zaistniała.

Jak wspomniałem, Frostbite ma na koncie sześć krążków: „Dark Side” (2003), „First Bite” (2004), „A Taste Of Things To Come” (2005), „Frostbite” (2007), ”The Point of No Return” (2009) oraz najświeższy ”SHARDS”, który ujrzał światło dzienne w styczniu tego roku.

Jaki jest? Funkowy, ciężki, melodyjny. Zawiera rapowane partie, ma zawodzące i wściekłe wokale (po angielsku i po polsku). ”SHARDS” ma właściwie wszystko co charakteryzuje nu metal, a Frostbite gra go sprawnie i kreatywnie (dodając tu i ówdzie hardcorowe i metalcorowe elementy).

Dzisiaj jednak potencjał komercyjny nu metalu jest jeszcze mniejszy niż kiedyś, a jego fani skurczyli się do grupy pasjonatów pamiętających lata świetności tej stylistycznej hybrydy. Trudno więc liczyć, by Frostbite właśnie teraz wypłynął na szerokie wody. Niemniej, chłopakom należą się brawa za upór i konsekwencje. Nagrali materiał niezły, choć nie dla każdego.

Ps. Cała demówka do odsłuchu na profilu grupy.