Archiwum kategorii ‘ Metal ’

Po muzykę nawiązującą do takich nurtów jak atmosferyczny metal czy gotycki metal sięgam rzadko i właściwie tylko ze względów sentymentalnych. Raczej odświeżam kapele, które kiedyś lubiłem niż sprawdzam nowości. A już całkowicie unikam polskich reprezentantów owych gatunków. Na profil zespołu FireFlower trafiłem zaintrygowany zgrabnym opisem tłumaczącym jego nazwę: ”…łączy w sobie żywiołowość ognia i delikatność kwiatu”.

FireFlower powstał na początku listopada 2008 roku w Kielcach. Na swoim koncie ma sporo muzycznych wyróżnień, udział w dwóch składankach (”Scyzorykomania” i ”Shadow Places: Selected Tracks From The Darker Side”), EP-kę ”FireFlower” oraz świeżo wydany, pełnoprawny debiut zatytułowany ”Welcome” (18 luty 2012 r.). Tyle twardych danych. Pora na weryfikację opisu.

Są ostre (ogniste) riffy. Pojawiają się solówki. Jest pełne, moce brzmienie. Choć bardzo dużo w utworach grupy wycieczek w stronę klasycznego metalu, ogień nie wydobywa się tu z piekielnych czeluści, a raczej obrazuje dynamikę kompozycji. Zwłaszcza, że ciężar większości z nich łagodzi melodyjna i przestrzenna elektronika. Jeśli można mówić o delikatności, to właśnie przy tej okazji (no, może jeszcze niektóre partie wokalne brzmią subtelnie, czego dobrym przykładem jest utwór ”Secret Corner”).

Całość przynosi więcej ognia niż kwiatów; wcale się jednak nie obrażam. Album ”Welcome” choć świeży, zafundował mi przyjemną podróż w przeszłość, do czasów gdy słuchałem takich grup, jak Lacuna Coil‎, Theatre of Tragedy czy The Gathering, które to – biorąc pod uwagę ogólny klimat, nie konkretne efekty dźwiękowe – FireFlower mi przypomina.

Zespół Afekth poznałem trzy lata temu przy okazji przesłuchań do Knock Out Festival. Dzięki ”dzikiej karcie” (otrzymanej od użytkowników Muzzo.pl) grupa dotarła do finału. Choć ostatecznie nie zyskała uznania jury – pokazała się z niezłej strony. Połamane, numetalowe melodie, gęsto naładowane industrialną elektroniką nie były wprawdzie, nawet wtedy, jakimś odkrywczym graniem, jednak urozmaicone różnymi innymi efektami, mimo niedopracowania, brzmiały dosyć oryginalnie.

Opinia jednego z obserwatorów finałowego koncertu, iż: Afekth nie znalazł jeszcze własnego stylu, za to nie boi się eksperymentować i ciekawie kombinuje, ma więc na to szansę, a wtedy to nieźle namiesza – trafnie oddawała wrażenie jakie po sobie pozostawiła ekipa z Kędzierzyna-Koźla.

Przez trzy lata Afekth nie ustawał w poszukiwaniach. Ich efekt będzie można usłyszeć niebawem na dwóch wydawnictwach. Pilotuje je świeżutki klip ”Evolution” (premiera 7 marca).

Już sam tytuł singla zapowiada zamiany. Stwierdzenie w którą stronę poszły zaledwie po jednym utworze nie jest możliwe. Wspomniał o nich jednak w przesłanym do mnie mailu Maikh, dotychczas w grupie odpowiedzialny za gitarę i produkcje.

– Zacząłem używać również syntezatorów i samplera, więc elektronika staje się nowym elementem kapeli. Klip zwiastuje materiał, który zamierzamy wydać w tym roku. Pojawi się w dwóch częściach: pierwsza płyta niebawem, a druga nieco później. Zmienia się stylistyka i zaczynamy eksperymentować z różnymi gatunkami. Mieszamy stylistyki; będzie drum’n’bass, będą gitary, pojawi się dubstep, będą totalnie orientalne motywy – napisał.

Zachęcam do śledzenia poczynań Afekthu. Zwłaszcza, że przytoczona w drugim akapicie tego posta opinia o zespole – w kontekście singla i zapowiedzi Maikha – stała się jeszcze bardziej aktualna, a być może nawet prorocza.

”Na krążku znalazły się cztery utwory: apokaliptyczne ‘Post Apo’, egzystencjonalne ‘Take My Chances’, mroczne ‘Creation’ oraz balladowe ‘Stay Alone’” – napisali na profilu SDC. Skrzydlaści, opisując swoją pierwszą demówkę. Spory rozrzut – pomyślicie. Słusznie, ale nie zrażajcie się. Poznański sekstet, wbrew pozorom, bardzo udanie poskładał tę atmosferyczną mozaikę. Nie rażą tu ani hardrockowe riffy sąsiadujące z nieomal melorecytacyjnym wokalem, ani delikatne, przestrzenne melodie łączone z surowymi, dzikimi wrzaskami. Powiem więcej: te nieoczywiste zestawienia tworzą całkiem spójną całość, która prawie nie ma słabych punktów.

Skład SDC. Skrzydlaści wykrystalizował się nieco ponad półtora roku temu. Tworzy go dwóch wokalistów – jeden śpiewa po polsku, drugi po angielsku, pierwszemu bliżej do ciężkich brzmień, drugi woli klimatycznego rocka; dwóch lubujących się w metalowych klimatach gitarzystów; tęskniącego za stylem lat 80. basistę oraz dynamicznie grającego pałkera. Jak się dogadują? Pojęcia nie mam, za to już wiem skąd w muzyce Skrzydlatych taka różnorodność. Wiem też, że zespół zapowiada się na niezłe odkrycie. Posłuchajcie koniecznie, kapela z gatunku: spory potencjał.

Sporo czasu zajęło grupie Pathology dotarcie do etapu oficjalnego debiutu. Zalążek zespołu powstał już w 1998 roku – w postaci gitarowego duetu Adama Jełowickiego i Marcina Kulczyckiego. Choć do łódzkich heavymetalowców dołączali kolejni muzycy, skład, z różnych przyczyn, nie mógł się ustabilizować. Wydawnictwo „Screaming Within”, którego premiera została wyznaczona na 5 lutego 2012 roku, oprócz wspomnianego duetu, przygotowali: wokalista Tomasz Struszczyk, basista Marcin Łukaszewski oraz Agnieszka Trzeszczak – odpowiedzialna za bębny.

Parę słów o atmosferze w jakiej powstawał album oraz materiale, który zawiera napisał dla was Adam.

No i jest – alleluja – po wylanych hektolitrach potu i łez, wielu godzinach spędzonych nad instrumentami w salkach prób śmierdzących wilgocią i wydzielinami muzyków wszelakich, światło dnia ujrzy krążek ”Screamin Within” – pierwsze oficjalne wydawnictwo zespołu Pathology. W moim wieku, każdy szanujący się muzyk, powinien mieć na koncie szereg płyt, pokaźną sumę $, a w przeciwnym wypadku być członkiem elitarnego Klubu 27 (grupa artystów, m.in.: Brian Jones – założyciel The Rolling Stones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain i Amy Winehouse, którzy zmarli w wieku 27 lat – przypis OM). Ale na przekór wszystkim, szeregu wydanych płyt z moim nazwiskiem jakoś brak, $ na koncie jak są, to nie z ZAIKS’u, a w wieku 27 lat myślałem, że życie dopiero przede mną. ”Screamin Within” jest dla mnie ważne. Bardzo. Dlatego, włożyłem w tę płytę całe serce, z cichą nadzieją, że da mi ona kopa na jeszcze większe poświęcenie dla Euterpe i Melpomeny – muz poezji lirycznej oraz tragedii i śpiewu – patronujących muzyce Pathology.

Jako jeden z jej ojców (i matek) podchodzę do tej płyty bardzo subiektywnie, więc proszę ode mnie nie wymagać rzeczowego i przede wszystkim trzeźwego (sic!) spojrzenia. Znajdziecie na niej siedem utworów. Każdy z nich jest inny, każdy ma inna historię, każdy powstawał w innych okolicznościach. Pathology nie potrafi zebrać się i w miesiąc napisać muzykę na płytę. Utwory powstawały przez długi czas, dojrzewając i ewoluując by w końcu osiągnąć dojrzałość jako pełnoprawne (prawie osiemnastoletnie) ścieżki zapisane na naszej płycie.

”Tiny Monsters” – utwór otwierający płytę – jest naszym hołdem dla bezkompromisowego grania metalu. Wszystko jest jasne od pierwszych dźwięków. Ładuj, cel, napierdalaj…

”Chaos”. To miał być nasz hicior. 🙂 Ale, Tomek zdecydował inaczej, układając linię wokalną w zwrotce tak, aby czasem nikomu się nie spodobała. Pierwiastek pathologiczny w pełnej krasie. Za to refren… nic tylko wrzeszczeć na koncertach.

”Truth”… i zaczynamy brnąć w nasze patologiczne umysły. Schemat zwrotkowo-refrenowo-solówkowo-refrenowy pożegnał się i poszedł grać na giełdzie. Za cudownym dotknięciem geniuszu Marcina (a tu może by tak zagrać, a tu może tak…) ”Truth” stał się utworem do którego najchętniej wracam.

Utwór nr 4. Robocza nazwa: ”Na trzy”, lub ”Trytonowy kibel”. Granie części instrumentalnej tego utworu na żywo, to muzyczny orgazm. Nie, że szybko. Nie, że dźwięki z kosmosu. Jest coś w tym eterycznego co sprawia, że daje niewyobrażalną przyjemność z grania…

”Well of Sorrow”… najszybciej skomponowany utwór w historii Pathology. Raz, dwa, trzy, cztery… i jedziemy. Główny riff powstał przez przypadek i zażarł od razu, zawodzenie Tomka między zwrotkami działa jak ketanol, a interludium wywołuje u mnie wspomnienia pierwszych trasowych doświadczeń. Uwielbiam ten utwór.

Nr 6. Tytuł jest adekwatny do muzyki. ”Every step we Take ahead, doesn’t Get us closer to Horizon”. Tylko Tomek mógł taki wymyślić. Myślę, że to nasze pożegnanie z progresywnym graniem. Rubikon został przekroczony. Nie ma takiego riffu, którego nie dałoby się wrzucić do tego utworu. Jestem z niego bardzo dumny.

”Incomplete”. Cichutka balladka na koniec, która ma dla mnie bardzo osobisty wydźwięk. Wystarczy się wsłuchać w Tomka i to co i jak śpiewa.

Zbierając wszystko do kupy, albo jak by to powiedział erudyta – reasumując, moja krótka analiza nie odda w 1% tego co znajdziecie na tej płycie. Ją trzeba posłuchać raz, drugi, trzeci… n-ty. I obiecuję Wam, że za każdym razem znajdziecie tam coś nowego; jakiś dźwięk, frazę której nie da się usłyszeć słuchając tej płyty ot tak.

Zapraszam i namawiam, nalejcie sobie Jacka Danielsa, lub co tam kto lubi, usiądźcie przed odtwarzaczem, zgaście światło i dajcie się ponieść muzyce…

2011.01.22
Adam Jełowicki

Łatwość, z jaką znajdują wydawców twórcy nieprzygotowani, za to trzymający się muzyki środka i w jakiś sposób rozpoznawalni (ostatni przykład: zupełnie nieudana EP-ka Michała Szpaka), podczas, gdy olbrzymi kłopot mają z tym wykonawcy świadomi i utalentowani, nienależący jednak do mainstreamu irytuje mnie od lat. Mimo to, fakt, że grupie The Old Cinema nie udało się znaleźć wydawcy dla swego debiutu i tak mnie zaskoczył.

Poznański kwintet powstał w 2006 roku. Już przy pierwszych nagraniach chłopakom pomógł Litza; muzyk Acid Drinkres i 2TM2,3 nagrał i zmiksował materiał na pierwszy krążek, ”Only Fallen Tears Promo EP”. Kolejnym krokiem w karierze The Old Cinema było nawiązanie współpracy z uznanym hiphopowym kolektywem 52 Dębiec. Utwór “Rise Up” – będący jej owocem, wraz z promującym go teledyskiem, prezentowały największe polskie serwisy muzyczne. Grupa miała prawo uwierzyć, że istnieje zapotrzebowanie na jej muzykę. Rozpoczęła więc pracę nad pierwszą pełną płytą. Instrumenty zostały nagrane w studiu Jet pod okiem Macieja Fedka, a wokal w pracowni należącej do 52 Dębiec. Całość gotowa była jeszcze pod koniec 2010 roku. Pełnoprawny debiut wydawał się na wyciągniecie ręki, ale, mimo dobrze przygotowanego ”backgroundu”, nikt nie zdecydował się zainwestować w promocję formacji. Co dziwi, zwłaszcza, że już same próbki zapowiadały dojrzałe i pieczołowicie wyprodukowane dzieło o jakości przewyższającej typowe muzyczne objawienia jednego sezonu.

I tak, album zatytułowany ”Anthems In The Open Air” leżakował rok, zanim 31 października 2011 roku grupa wydała go własnym sumptem.

Można argumentować, że muzyka poznaniaków jest niszowa. Jednak grono jej potencjalnych odbiorców nie jest wcale takie wąskie, bo spodobać się może właściwie każdemu amatorowi szerokorozumianych ciężkich brzmień – od metalu, przez hardcore, po rocka; zresztą sami członkowie grupy mówią o wykonywanej przez siebie muzyce roccore. Brak oficjalnego patrona niestety utrudni do nich dotarcie. Jeżeli więc sami lubicie ostrzejsze klimaty, nie zrażajcie się brakiem loga znanego wydawcy i sprawdźcie ”Anthems In The Open Air”.

Informacja sprzed kilku dni, że formacja Drown My Day udostępniła utwór zapowiadający jej debiutancką płytę, nieco mnie zdziwiła. Z zespołem zetknąłem się jeszcze w 2008 roku, podczas koncertu Pro-Pain, legendy amerykańskiej sceny hardcore’u, którą krakowski band suportował. Muzycy byli wtedy świeżo po wydaniu drugiego krążka promocyjnego ”One Step Away From Silence EP”, ale show, który zaprezentowali zdawał się potwierdzać gotowość do pełnoprawnego debiutu. Nie wiem co wpłynęło na takie opóźnienie, straciłem kontakt z grupą, byłem jednak przekonany, że jej kariera jest już w zupełnie innym miejscu.

Zapiski, które znalazłem na stronie Drown My Day świadczą, że chłopaki nie próżnowali, ale też specjalnie nie forsowali tempa. Ich dyskografia, na dzień dzisiejszy, liczy trzy EP-ki. Ostatnia ”Forgotten EP” została wydana w 2010 roku. Krążek zawiera muzykę utrzymaną w klimatach deathcore, jest świetnie zrealizowany i, co ważne, potwierdza progres członków grupy. Wokal jest mocny i wściekły, gitary melodyjne, a perkusja to już prawdziwy dynamit. Całość choć zgodna z kanonami gatunku, zawiera kilka nieoczywistych patentów. Jeśli jesteście fanami ”darcia mordy” i solidnego łojenia, nie pozostaje wam nic innego, jak czekać na zapowiadany, długogrający debiut. Oby nie uszedł waszej uwadze, jak ostatnia EP-ka Drown My Day umknęła mojej.

Z Siewierza w świat

Wrzesień 20, 2011 | Brak komentarzy | Metal

Czy się to pogromcom sekt (tych prawdziwych i tych urojonych) oraz innym tropicielom diabła podoba czy nie, obok jazzmanów i grup folkowych, na Zachodzie kariery robią polscy death metalowcy. Kolejnym zespołem, który otrzyma szanse zaistnienia za granicą jest pochodzący z Siewierza Dust N Brush.

Przez polskie media przetoczyło się już wiele dyskusji nad przyczynami marnego wizerunku naszych muzyków lekkiego kalibru poza granicami kraju i sukcesów tego ekstremalnie ciężkiego. Na temat ten wypowiadali się i twórcy, i dziennikarze, i mecenasowie. Nie zamierzam nic tutaj dorzucać. Chciałem się tylko z wami podzielić informacją – o być może – narodzinach kolejnej naszej eksportowej ekipy. Melodyjni death metalowcy ”naparzajacy” pod szyldem Dust N Brush związali się trzyletnim kontraktem z belgijską Ultimhate Records, która zobowiązała się wydać ich debiut – ”Filth Of Our Blood”, na terenie Europy, Stanów Zjednoczonych oraz Japonii i Izraela. Premiera albumu przewidziana jest na 25 listopada.

Grupa istnieje od 2009 roku. Na koncie ma… małe roszady w składzie, demo i album, którym żadna polska wytwórnia się dotąd nie zainteresowała, a zrobiła to właśnie Ultimhate. Nie jest to może jakiś wielki label, ale – jak przyznali muzycy – zaproponował bardzo dobre warunki.

Nie należę do fanów gatunku i nie znam argumentu, który by jednoznacznie tłumaczył skąd taka popularność naszych metali za granicą. Może poza mainstreamem jest łatwiej? Może na tej scenie bardziej liczy się ideologia niż poprawność językowa i wartość artystyczna? A może po prostu umiemy ostro łoić? Nie potrafię rozsądzić. Nie podejmuję się też prorokować czy Dust N Brush uda się powtórzyć sukces Vadera i Behemotha czy nie. Niemniej, gratuluję chłopakom kontraktu i życzę kariery. A was zapraszam na profil siewierskiej ekipy.

Ps. Jeżeli macie dobrą teorię tłumaczącą, jak to się dzieje, że Polska w oczach muzycznego świata death metalem stoi – zachęcam do komentowania.

– To zespół, który gra metal na światowym poziomie – mówił podobno Jurek Owsiak, zapraszając formację Materia na dużą scenę tegorocznego Przystanku Woodstock. Coraz poważniejsze osiągnięcia grupy wydają się tą tezę potwierdzać.

Na początku było ich trzech: Michał Piesiak (wokal, bas), Tadek Piesiak (gitara, wokal) oraz Kuba Marciniak (perkusja). Przez rok żmudnie ćwiczyli by przygotować materiał z którym mogliby zaatakować rodzimy rynek. W 2009 roku światło dzienne ujrzało wydawnictwo ”Vandals” i trio zgodnie z planem zaczęło zgłaszać się na przeglądy rockowe w całej Polsce.

Dość szybko okazało się, że muzyka Materii (nowoczesny metal z progresywnymi ambicjami i nawiązaniami do klasyki gatunku) podoba się i krytykom i publiczności. Zespół zdobył nagrody kolejno na: ”Rockowisku Hajnówka 2009” (1. miejsce), ”VII Przeglądzie Form Muzycznych” we Wrocławiu (1. miejsce w kat. Metal, Grand Prix), przeglądzie ”Karuzela 2009” w Warszawie (1. miejsce) i ”Konfrontacjach 2009” w Kętrzynie (3. miejsce).

Już jako kwartet – do grupy w 2010 roku dołączył gitarzysta Adrian Dubiński, Materia kontynuowała tournée po konkursach – wygrywając m. in. udział w Sonisphere 2010 i XXX Jubileuszowym Festiwalu w Jarocinie. Formacja wystartowała także w eliminacjach do Przystanku Woodstock 2010, jednak na scenie tego festiwalu pojawiła się dopiero w roku następnym, za to od razu wzbudzając zachwyt jego organizatora. Rok 2011 przyniósł także drugą EP-kę, ”Holidays On The Angels Island”.

Obecnie formacja intensywnie koncertuje przygotowując materiał na pierwszy oficjalny album. Nagrania mają rozpocząć się w grudniu, w słynnym Izabelin Studio. Warto wypatrywać tego debiutu, zapowiada się obiecująco.

”Ta muzyka przekłuje ci uszy, zmiecie wewnętrzne membrany i trafi prosto do serducha” – napisała na swoim profilu grupa KNoW. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na takie buńczuczne zapowiedzi – rzadko się potwierdzają, tym razem dałem się skusić.

Było warto. Co prawda, muzyka grupy to dość standardowe nu metalowe melodie z elementami rapcoru. Jednak KNoW zawierając w nich duży ładunek energii i szczery, świadczący o trafnej obserwacji naszej, polskiej rzeczywistości przekaz, naznacza je własnym stemplem.

Formacja, mimo braku debiutu, do młodych nie należy – pierwsze kroki stawiała jeszcze w 2002 roku. Różnie się jej jednak wiodło, zaliczyła nawet dwuletnią przerwę. Ostatnie wieści świadczą, że kariera KNoW w końcu trafia na właściwe tory. W marcu miała miejsce premiera nowego singla zespołu, zatytułowanego „Komety”, a w kwietniu pojawił się teledysk.

„Ten kawałek to zapis autentycznych obserwacji z wrocławskiego Pasażu Niepolda. To po prostu numer o imprezowaniu. Co weekend zamieniamy się w komety, spadamy prosto w miasto, brylujemy na parkietach, a nasze niebo błyszczy od brokatu. Świecimy jasno, by niestety szybko zgasnąć. Takie dwudniowe oderwanie od ziemi kończy się lekkim zderzeniem z poniedziałkową rzeczywistością” – opowiada o piosence wokalista grupy, Tomek Napierała.

W notce promującej singel KNoW obiecuje, że nadchodząca płyta zrobi dużo zamieszania w polskim, rock-metalowym graniu.

Kolejny raz przymykam oko na zbytnią pewność siebie wrocławskiej ekipy i ściskam kciuki, by tak długo odpalająca kariera nie zgasła, jak wspomniane komety.