Archiwum kategorii ‘ Pop ’

Dobre podstawy

Styczeń 28, 2013 | Brak komentarzy | Pop, Rock

W 2012 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim gitarzysta Sławek Checiak i wokalista Maciej Duniec zaczęli aranżować piosenki i pisać teksty. Wkrótce dołączyło do nich kliku muzyków i narodził się zespół BiGQueens. Niedawno opublikował swój pierwszy materiał.

Zawiera anglojęzyczny numer „Sometimes” oraz trzy zaśpiewane po polsku kompozycje: „Hejo” ( z gościnnym udziałem Mariusza Godziny, saksofonisty Orange the Juice), a także „Zostawiam wszystko” i „W życiu ciągle się czeka”, w których zaśpiewała Sylwia Nadgrodkiewicz. W nagraniach uczestniczyli także: Miso Ignatak, Kamil Ruszkowski, Marcin Świercz, Dariusz Jurkowski i Piotr Wrzosowski.

Choć BiGQueens nie liczy sobie nawet roku, po wysłuchaniu pierwszych utworów ma się wrażenie, że gra co najmniej od dekady.

Z jednej strony to dobrze, bo piosenki brzmią w pełni profesjonalnie – członkowie BiGQueens zdobywali doświadczenie w wielu innych projektach, mają więc wysokie umiejętności, i to słychać. Z drugiej, rządzą muzyką BiGQueens mocno ograne, poprockowe patenty. Może poza utworem ”Zostawiam wszystko”, który wyróżnia się ciekawym wykorzystanie żeńskiego wokalu, reszta brzmi jak różne wariacje tej samej piosenki. W dodatku takiej ”znanej od zawsze”.

Wiadomo, w początkowej fazie kształtowania się zespołu chodzi o wyczucie się muzyków i zgranie, czyli uzyskanie wysokiego poziomu wykonawczego, a dopiero później wypracowuje się własne brzmienie i autorski język wypowiedzi. Pierwszy etap grupa ma za sobą, baza jest. Biorąc pod uwagę kombinowanie z instrumentarium i otwartość na gości wierzę, że niebawem BiGQueens pokaże także charakter.

”Kompilacja energii męskiej części zespołu z nutą kobiecej delikatności tworzy niezwykle elektryczny ładunek emocjonalny, muzyczny obraz, obok którego nie można przejść obojętnie” – zapowiada singel ”Już się wyspałem” debiutujący zespół Photony.

Grupę tworzy kwartet: Jurek Delwo (gitara, wokal), Sławek Szudrowicz (gitara), Adam Rorat (instrumenty klawiszowe) i Paweł Kurek (perkusja). Każdy z nich sięgał wcześniej po różne muzyczne gatunki – panowie mają na koncie współpracę z takimi artystami jak Kasia Wilk, Marcin Rozynek czy Gabriel Fleszar, sami zaś współtworzyli grupy KtoTo, Anastasis i Amellia.

Piosenki przesłuchałem kilkakrotnie i przyznać muszę: zapowiedź nie mija się z prawdą! Utwór jest chwytliwy, pomysłowo zaaranżowany i zgrabnie zagrany. Po prostu ładny. Może nie wydeptuje jakiś nowych muzycznych ścieżek, ale na radiowy singel nadaje się idealnie – co już doceniła Radiowa Jedynka, gdzie był grany jako „Piosenka dnia”. Nie zdziwię się jeśli okaże się przebojem.

PS. Niestety nie udało mi się doszukać czyj jest ów damski, delikatny wokal. Na stronie grupy, w zakładce ”skład”, widnieje wprawdzie piąta osoba, ale ukrywa się pod inicjałami MM, a na fotce jej brak. Macie jakieś pomysły?

Grupę Dash Channel poznałem, gdy działała jeszcze jako Dash. Nie wiem, co spowodowało korektę szyldu (prawdopodobnie zmiana w składzie – w szeregach zespołu pojawił się nowy basista Samuel Ziemiński). Najważniejsze jednak, że wraz z nią dostaliśmy nową kompozycję.

Utwór zatytułowany „Unspoken” został nagrany pod okiem Mirosława Stępnia (Budka Suflera) i wraz z czterema starszymi (zremasterowanymi na nowo) piosenkami znajdzie się na mającej ukazać się wkrótce EP-ce.

Ekipa ze Śląska już dość długo zabiega o oficjalny debiut, biorąc pod uwagę ilość nagród i wyróżnień które zdobyła, aż dziw, że dotąd jej się to nie udało. Być może ten rok okaże się przełomowy.

Fading Leaves tworzą muzycy o sporym dorobku, cieszący się uznaniem w środowisku alternatywnego grania – zwłaszcza na Pomorzu, choć myślę, że ich nazwiska nie są także obce użytkownikom naszego serwisu z pozostałych regionów kraju, zwłaszcza tym ceniącym shoegaze i łagodnego rocka.

Znajdziemy tu przedstawiciela zespołu Time To Express – Tomka Skierczyńskiego oraz Wojtka Dobrzyńskiego, Michała Hryniewicza i Alka Gruszczyńskiego – cała trójka związana jest z trójmiejskim projektem Klimt, o którym mogliście już tutaj przeczytać.

Dodatkowo w nagraniach pierwszej płyty demo swą pomoc kwartetowi zaoferowali: Ilona Karnicka (Cisza Jak Ta, skrzypce), Bartosz Kulesza (Time To Express, instrumenty perkusyjne, realizacja, miks) oraz Antoni Budziński, czyli sam Klimt (gitary).

Owoc ich wspólnej pracy ukazał się jesienią tego roku w postaci mini albumu zatytułowanego ”Friendship”.

Jak przystało na przedstawicieli smętnych, muzycznych stylistyk pomorska ekipa serwuje nam nieskomplikowane aranżacyjnie, melancholijne kompozycje o ciepłym i delikatnym brzmieniu, w klimacie zbliżonym do twórczości Twilite czy See-Saw (o nich też już na łamach bloga wspominałem).

Urokliwa muzyka Fading Leaves jest zagrana w pełni profesjonalnie, z wyczuciem i smakiem. Trochę brakuje mi autorskiego stempla, lub jakiejś nieoczywistości, która nadawałaby jej indywidualnego charakteru. Proszę jednak tej uwagi nie traktować jako narzekania, a raczej sugestię, bo twórczość grupy jest naprawdę ciekawa. A ”Friendship” to przecież jeszcze nie jest nawet pełnoprawny debiut.

Czasem warto czekać

Wrzesień 27, 2012 | Brak komentarzy | Jazz, Pop

Na swoim profilu Dominika Zioło o pracy nad debiutem informowała już kilka lat temu. Album zatytułowany ”Między nami” w końcu ujrzał światło dzienne we wrześniu bieżącego roku. Jak podaje wydawca: „w jego nagraniach wziął udział ponad 10-osobowy zespół muzyków i kilku współpracowników”. Trudno się więc dziwić, że musieliśmy tak długo czekać.

Dominika kształciła swój warsztat na Akademii Muzycznej w Katowicach (studentka Wydziału Wokalno–Aktorskiego w latach 2000-2004). Choć ”Między nami” to jej pierwszy krążek, ma za sobą kilka lat scenicznych występów, można było ją usłyszeć podczas wielu koncertów i festiwali, m. in.: Vena Music Festival czy United Europe Jazz Festival.

Informując o materiale szykowanym na debiut Dominika pisała, że będzie oscylował na pograniczu muzyki soul, pop, funk i smooth-jazz. Choć nie znam całości płyty, wydaje się, że swoje ambicje w pełni na niej zrealizowała. W utworach takich, jak ”Bardziej niż trochę”, ”Tyle miejsc”, ”Czekam” czy ”Up!” eleganckie, popowe dźwięki i jazzujący wokal spotykają się z latynoskimi rytmami, i, co tu dużo mówić, kobiecym urokiem. Jeżeli całość trzyma taki poziom, bez ociągania przyznam, że na debiut śląskiej wokalistki warto było czekać.

Kuba Wojewódzki zwykł bardzo krytycznie wypowiadać się o debiutach uczestników muzycznych talent show których w owych programach wcześniej wychwalał (patrz: Michał Szpak czy Monika Brodka). Zwykle pokpiwał słusznie. (Czy wcześniej słusznie chwalił? – to już inna historia.) Ostatnio dostało się Ewelinie Lisowskiej. O ile jednak z reguły czepiał się artystów, tym razem skrytykował ”opiekunów” młodej wokalistki.

Na łamach tygodnika ”Polityka” juror ”X Factor” napisał:

„W kategoriach statystyk internetowych była to ewidentna faworytka programu ‚X Factor’. Ewelina Lisowska. Mała kobietka o płucach Tysona i głosie Osbourne’a. Właśnie wydała swój pierwszy singiel zatytułowany ‚Nieodporny rozum’. Polski show biz a rebours. Z kogoś zrobić nikogo”.

Niestety, trudno z Wojewódzkim się spierać. Tak źle, jak u Szpaka czy Brodki nie ma, ale niestety cała EP-ka ”Ewelina Lisowska” niczego ciekawego nie przynosi. Przeciwnie, idealnie wpisuje się w nurt muzyki środka – ”łatwej i przyjemnej”.

Ma rację juror – winę za sztampowość nagrań i równanie wokalistki do popowego średniactwa ponosi jej „zaplecze”, a nie Ewelina. Finalistka ”X Factor” śpiewa lepiej niż poprawnie. Mam wrażenie, że gdzieniegdzie próbuje nawet wybić się poza powielanie schematów i przemycić do gładkich produkcji nieco nieoczywistości, takiego charakterystycznego dla niej zęba (w końcu ma za sobą długoletnią współprace z post hardcore’owym zespołem Nurth i widocznie pewne przyzwyczajenia trudne do wyrugowania). Szkoda, że wydawca nie zdecydował się zaryzykować i pójść choćby w tą stronę – wykorzystać, wydawałoby się, naturalną cechę Eweliny, która w śpiewie potrafi połączyć: elegancję z brudem, kobiecy urok z pierwotną wściekłością. Mając taki potencjał można było pokusić się o coś bardziej ambitnego.

Tymczasem debiut ”dziewczyny z gwiazdką” rewolucji nie zrobi, ba, nawet większych dyskusji nie wywoła. Ale za to komercyjne stacje go wyemitują. To też sukces. Zapewne – świadczy o profesjonalizmie. Ale może warto mierzyć wyżej? Szkoda takiego głosu i takiej scenicznej osobowości na muzykę tła.

Choć z tą osobowością to może jednak nie jest tak różowo skoro Ewelina pozwoliła dać się tak zaszufladkować?

Ale poczekajmy. Pozwólmy jej rozeznać się w panujących w show-biznesie zwyczajach. Poczuć pewnie. Nabrać do nagłego zainteresowania swoją osobą dystansu. A być może wyruszy śladami wspomnianej wcześniej Brodki (nie w sensie muzycznym, a ideologicznym) i pewnego dnia nas zaskoczy…

Wtedy zapewne i Wojewódzki dobrego słowa nie poskąpi.

Zakochani w produkcjach Jamiego Woona, Jamesa Blake’a czy Emiki powinni sięgnąć po nagrania formacji Systu. Gdyby muzycy olsztyńskiej grupy urodzili się na Wyspach, kto wie czy nie wymieniano by ich dziś jednym tchem obok wspomnianych wyżej wschodzących gwiazd nowego popu.

Trio Systu powstało w 2009 roku. Tworzy je dwóch muzyków oraz wokalistka. Porównania do przywołanych artystów biorą się stąd, że grupa, podobnie jak oni, wykonuje muzykę, która w opinii wielu krytyków wprowadza nową jakość do mainstreamu; w dużym skrócie mówiąc – wykonuje kompozycje o prostej i przejrzystej konstrukcji, będące połączeniem dubstepowych brzmień z popową melodyką.

Na pierwszy rzut oka (ucha) wszystko więc wygląda bajecznie. Zespół przygotował 50 minutowy materiał demo, który nie odbiega klimatem od współczesnych światowych trendów. Oczywiście słyszalny jest brak zawodowej realizacji, ale to wydaje się być tylko kwestią ograniczonych możliwości produkcyjnych. Pomysłów i talentu formacji nie brakuje.

Gdyby się jednak w twórczość Systu zagłębić, należałoby przyczepić się do wokalu, który na tle muzyki wypada zbyt klasycznie. Brakuje niejednoznaczności czy tajemniczości, którymi uwodzi choćby wspomniana Emika. Możliwość poprawy w tym względzie jest – co Kasia Andruszko udowadnia choćby w hipnotycznym ”I’m Afraid Of Your Love”. Niektóre utwory wydają się też być trochę przekombinowane. Zbyt duża ilość różnych ozdobników powoduje, że muzyka niepotrzebnie staje się ciężka i przytłaczająca. Ale i tak jest bardzo dobrze. A hinduskie wstawki w utworze, nomen omen ”Hindu” to już perełka.

Nie zapominajmy, że grupa działa ledwie ponad rok i zabrała się za – co by nie mówić – nowatorskie, jak na polskie realia, melodie. Zasługuje więc na spory kredyt zaufania. Nie wiem jak u was, u mnie go ma!

Ps. Utworów Systu należy słuchać głośno, najlepiej przez słuchawki.

SoundQ nie odpuszcza!

Październik 19, 2011 | Brak komentarzy | Pop

Była gothicmetalowa grupa Delight. Był cybermetalowy Thy Disease. Obecnie pierwszoplanowym projektem kompozytora, autora tekstów i wokalisty Kuby Kubicy jest… popowy SoundQ.

Debiutancki album SoundQ, „Semaphores, Dogs and Traces”, Kuba zarejestrował w 2009 roku z pomocą Ziema Rybarkiewicza i Jarka Barana – starych znajomy z czasów Delight. Choć album przeszedł bez echa. Zabawa pod szyldem SoundQ chłopakom nie przeszła. Przynajmniej Kubie.

Swoje kolejne pomysły skrupulatnie rejestrował i przetwarzał, aż w marcu następnego roku do akcji ponownie wkroczył Jaro Baran i zajął się miksem, nadając piosenkom ostateczny kształt. Efektem pracy była EP-ka „Cargo Planes”(swego czasu mogliście ją pobrać z serwisu Muzzo.pl, teraz dostępna jest tutaj). W nagraniach maczało palce jeszcze kilku innych artystów, którzy weszli w skład SoundQ. Muzyczna zawartość „Cargo Planes” to elektroniczny pop doprawiony elementami różnych innych stylistyk spod znaku world music.

Ja styczność z grupą Kuby miałem jeszcze latem tamtego roku, gdy została laureatem muzzowego konkursu ”Zagraj na Audioriver 2010”. Jury o krakowskiej formacji napisało wtedy: ”Jesteśmy zdania, że istnieje coś takiego, jak dobry i wartościowy pop, co chcemy pokazać promując SoundQ”.

Powiecie: no wcale nie brzydko i w ogóle sympatycznie, ale to jakieś strasznie stare dzieje.

Uwaga trafna, choć nietrafiona – jak mawia pewien polski polityk. Dzieje może i stare (wszak rok czasu w dobie cyfryzacji, to już nie to, co rok czasu przed nią), wygląda jednak na to, że grupa piosenkom z ”Cargo Planes” nie odpuściła i postanowiła wycisnąć z nich wszystkie soki.

Latem tego roku zarejestrowała koncertowe mini-DVD ”Live In Mile Stone”, a teraz wypuszcza wideo do utworu ”Elephants’ Graveyard”.

W klipie jacyś okropni ludzie w maskach zwierząt nieźle członków zespołu i innych osobników obijają, ale w tym wypadku nie to co widać, a to co słychać jest najważniejsze. A słychać, że piosenka wcale się nie postarzała! Dobrze, że Kuba z ekipą postanowili dać jej kolejną szansę. W końcu dobry pop to ciągle w naszym kraju deficytowa nuta.

Ewa Szlachcic, podobnie jak opisywani w kilku poprzednich postach wokaliści, zagościła w naszych domach jako uczestnik jednego z telewizyjnych talent show. Ewa do początkujących wokalistek jednak nie należy, wraz z zespołem Way No Way ma już na koncie przyzwoite sukcesy.

Choć początki Way No Way sięgają jeszcze 2004 roku, pełny skład wykrystalizował się dopiero trzy lata później. Pochodząca z Nowego Dworu Mazowieckiego formacja wykonuje muzykę będącą połączeniem trzech, szeroko rozumianych gatunków muzycznych: funku, popu i soulu. Grupie przewodzą dwie wokalistki – oprócz Ewy, Ania Sekuna.

Way No Way na swoim koncie nie ma wprawdzie jeszcze oficjalnego debiutu (był zapowiadany na wiosnę tego roku, pojawił się nawet singel promo z klipem, lecz nic o wydawnictwie więcej nie słychać), ale zgromadził sporo nagród i wyróżnień. Nie wiem co wpłynęło na opóźnienie premiery, może właśnie udział Ewy w telewizyjnych programach; oprócz ”The Voice Of Poland” gościła także w ”Bitwie na głosy”. Jeśli tak, nasuwa się pytanie: czy były jej potrzebne?

Jasne, nie od dziś wiadomo, że telewizja to najlepsza odskocznia dla kariery i możliwość zdobycia sporej popularności. Ale fakt, że zyskane dzięki niej zainteresowanie dość szybko niknie jest niezaprzeczalny. Nie od dziś też wiadomo, że telewizja nawet najbardziej twórcze osobowości przeżuwa i przycina do swojego, pożądanego przez widzów, formatu. Przekonały się o tym, i Alicja Janosz, i Monika Brodka, a nawet Kamil Bednarek, który mimo sukcesu naraził się sporej części środowiska z którego się wywodzi, gdy pozwolił na wykorzystanie swojego wizerunku w kilku infantylnych projektach.

Czy pakowanie się w ”The Voice…” Ewie się opłaci trudno dziś stwierdzić. To dopiero pierwsza edycja programu, niekoniecznie musi powtórzyć casus poprzedników.

Ja jednak bardziej jestem ciekaw autorskiej płyty formacji Way No Way niż kolejnych występów jej liderki – w ładnie opakowanym, ale jednak karaoke.

Jak nie można drzwiami, to próbować trzeba oknem – głosi pewne porzekadło. A, że przysłowia mądrością narodów, to naród słucha i stosuje. Nie udało się Mateuszowi z Eurowizją, płyta jego zespołu też przepadła, postanowił więc zaatakować w talent show. Nie pierwszy raz.

Mateusza Krautwursta możecie kojarzyć z kilku ważnych wydarzeń muzycznych i jednego… sportowego (może nawet ważniejszego, choć to zależy dla kogo). Czasem wokalista był bohaterem pozytywnym – jak w programie „Fabryka Gwiazd” czy podczas Vena Festival 2010, gdzie dotarł do finałów. A czasem negatywnym – gdy ze względu na złamanie regulaminu jego zespół został usunięty z grona finalistów Krajowych Eliminacji do Eurowizji 2011, czy gdy zapomniał słów amerykańskiego hymnu przed walką Pudzianowski-Butterbean (złośliwi porównywali jego występ z pamiętnym popisem Edyty Górniak w Korei, a co bardziej krewcy chcieli stawiać nieszczęśnika przed ważącym 160 kg Butterbeanem).

Mateusz jest jednak pozytywnie nastawiony do życia i się nie poddaje. Nie na darmo jego zespół nosi nazwę The Positive i wykonuje bardzo energetyczną i pogodną mieszankę funku, popu, soulu i jazzu.

Grupa na początku roku zadebiutował płytą ”The Positive”, na której gościli: Natalia Kukulska, Urszula Dudziak i pewien kongijski raper o ksywie Frenchy. Wielka szkoda, że album się nie przebił – bardzo brakuje w naszym otoczeniu optymistycznych treści.

Ale może jeszcze nie wszystko stracone. Pierwszy etap konkursu ”The Voice Of Poland” Mateusz przeszedł w cuglach. Nergal był wprawdzie niezdecydowany, ale nie wiadomo jak długo dyżurny satanista III RP zabawi w programie (listy w sprawie wysłania go w diabły ponoć ciągle na Woronicza napływają), a pozostałym jurorom się podobało.

„Śpiewasz idealnie, ale widzę pewne niebezpieczeństwo. Jesteś za dobry” – powiedziała Ania Dąbrowska. Nie za bardzo wiem o co chodzi, ale brzmi grubo. Z drugiej strony dziwne, że na gościu, z tak dobrym głosem, publika się dotąd nie poznała.

A może Mateusza jest po prostu za dużo? Inne znane przysłowie mówi: siedź w kącie, a znajdą cię! To akurat jest trochę głupie i niezbyt życiowe, ale przesadnie narzucać się publiczności też nie warto. Praca u podstaw – czyli koncerty, koncerty i jeszcze raz koncerty, będą chyba w przypadku The Positive bardziej owocne, niż próba zdobycia popularności na skróty – za pomocą występu jego wokalisty w telewizyjnych show.