Archiwum kategorii ‘ Reggae ’

Dobra wiadomość dla fanów nurtu określanego jako early reggae bądź skinhead reggae, różnych odcieni ska, lub po prostu grupy CT-Tones. Toruńska formacja oficjalnie zapowiedziała płytowy debiut.

Wydawnictwo pilotuje singel „Hit My Soul!”, do którego powstało wideo. Produkcji towarzyszy następujące oświadczenie:

”CT-Tonsi siedzą w studio i nagrywają materiał na swoją długo wyczekiwaną pierwszą płytę, oprócz tego instrumentalnego utworu w przygotowaniu jest jeszcze 10 kompozycji. Odpowiedzialny za brzmienie i produkcje numerów, w tym „Hit My Soul!”, jest nie kto inny jak sam xRobBlack!”

xRobBlack to pochodzący ze Szczecina klawiszowiec, aranżer, kompozytor i producent muzyczny, w środowisku fanów jamajskich klimatów znany m. in. ze współpracy z takimi projektami jak: Wyspa Jabłoni, DeVersion, Inity Dub Mission czy Konopians.

Początki CT-Tones sięgają zespołu Skapoint, z którego wywodzi się część muzyków odpowiedzialnych za powstanie toruńskiej formacji. Obecny jej skład, w którym – jak zapowiadają sami zainteresowani – zamierzają podbić serca słuchaczy, tworzą Wiktoria Gołuńska (wokal), Maciek Wróblewski (gitara), Radek Witkowski (instrumenty klawiszowe), Jarek Dalke (gitara basowa) i Dżordż Makowiec (bębny).

Słoneczny duet

Listopad 19, 2012 | Brak komentarzy | Reggae, Soul

Czwarta edycja ”Must Be The Music” za nami, a dotąd nie wrzuciłem tutaj o niej wzmianki. Nadrabiam tę zaległość, bo mam wrażenie, że miała najmocniejszą obsadę – biorąc pod uwagę ogólny poziom uczestników. O finalistach wiecie już pewno wszystko, będzie więc o duecie OHO!KOKO (osiągnął półfinał), któremu, ale nie jako jedynemu uczestnikowi, kibicowałem.

Duet stworzony przez wokalistkę Alicję Kruk – porównaną przez Korę Jackowską do Amy Winehouse – i gitarzystę Marka Szula, porusza się w klimatach muzycznych, które zawsze do mnie trafiały. Magia takich artystów jak Selah Sue czy Nneka (OHO!KOKO z uznaniem i wyczuciem coveruje obie artystki), niosących w wysmakowanych dźwiękach mnóstwo pozytywnych, choć niepozbawionych refleksji emocji, mało kogo pozostawia obojętnym.

Ciepła barwa głosu Alicji i charakterystyczna technika gry Marka predestynują ich do grania takiej właśnie muzyki, będącej fuzją ”słonecznych” gatunków – funky, soulu i reggae.

Duet nie ogranicza się do wykonywania piosenek z obcego repertuaru. Podczas półfinału telewizyjnego show zaprezentował autorską piosenkę ”Dance”; a w sieci można znaleźć ich więcej. Mnie najbardziej podoba się ”Eco Vibes” – przebojowa neo-soulowa ballada.

Mamy już całkiem dużą grupę wykonawców, którzy odpadli na wczesnych etapach różnych telewizyjnych konkursów, a kariery zrobili nie mniejsze niż ich laureaci (patrz Sistars czy Ania Dąbrowska). Duetowi OHO!KOKO życzę by szybko się w niej znalazł. Potencjał ma ogromny.

”Na Wschód” – taki tytuł nosić będzie debiutancka płyta zyskującej coraz większą rozpoznawalność reggae’owej formacji ComeYah. Album ujrzy światło dzienne 16 czerwca, a stanie się to możliwe dzięki nagrodzie, którą zespół otrzymał jako laureat festiwalu Tereffowsiko.

ComeYah to siedmioosobowa ekipa grająca wspólnie od 2008 roku, mająca w dorobku trzy oficjalne single i materiał demo ”100% LIVE!” (2009 rok).

Wszelkie znaki na niebie i ziemi (tj. pojedyncze utwory, które można w różnych miejscach w Sieci znaleźć) wskazują, że nagrany w Pozytywnym Studio album ”Na Wschód” będzie zawierał łagodną mieszankę roots reggae i dubu, z dużym naciskiem, w warstwie tekstowej, na zaangażowany przekaz, ubrany jednak w proste słowa.

Członkowie ComeYah o swojej twórczości piszą tak:

”Muzyczna propozycja zespołu to chwytliwe i nienachalnie melodyjne linie wokalne, oparte na solidnym fundamencie sekcji rytmicznej, której pulsację wspomaga charakterystyczny bubbling instrumentów klawiszowych oraz przestrzenna i oszczędna w formie gra gitary solowej. Innymi słowy: reggae inspirowane korzennymi brzmieniami, grane z dubowym oddechem i autentycznym feelingiem, z pełną świadomością i z wewnętrznej potrzeby, bez oglądania się na aktualne trendy i koniunkturalne cykle, to jest właśnie Comeyah”.

Że ten barwny opis to nie marketingowy chwyt czy pobożne życzenie muzyków można się przekonać słuchając choćby tytułowego utworu – ”Na Wschód” czy singla ”Bez końca”. Dla mnie wszystko się zgadza.

Choć debiut Via Rei umieściłem na liście „12 wydanych własnym sumptem, polskich debiutów 2011 roku” zrobiłem to trochę awansem. Proszę nie doszukiwać się spiskowych teorii – album przesłuchałem na stronie zespołu. Dziś dotarł do mnie w wersji fizycznej, a że przy okazji wspomnianego podsumowania obiecałem o grupie opowiedzieć, jest więc dobra okazja.

Powstały w 2002 roku zespół Via Rei swoją muzykę określa mianem ”alternator jazz reggae”. Brzmi to dość dziwnie, ale całkiem zgrabnie opisuje twórczość tarnobrzeskiej ekipy. Z jednej strony mamy słoneczne, jamajskie rytmy, z drugiej mnóstwo jazzowych wstawek. Ale album ”W pogoni” to nie żadna krzyżówka gatunków uprawnianych przez Milesa Davisa i Boba Marleya. Via Rei prezentuje cały kalejdoskop klimatów: czerpie z tradycji free jazzu, sięga po taneczne ska, transowy dub, elementy etno, a nawet flirtuje z rockiem. Materiał, dzięki sprawności muzyków, urzeka lekkością, choć jest przy tym na swój sposób elegancki. Łatwo odnieść wrażenie, że takie muzykowanie sprawia członkom Via Rei radość. Ta pozytywna energia udziela się słuchaczowi, choć wyrafinowane, instrumentalne momenty sprawiają, że nie zawsze jest to chwytliwa muzyka.

Jakby tego było mało, dwa remiksy zamykające album pokazują, że grupa nie boi się eksperymentów i potrafi być nieprzewidywalna. W tym wypadku to atut. Fajna i niezwykle barwna płyta. Absolutnie nie mogło jej na publikowanej przeze mnie liście zabraknąć, a nawet więcej – myślę, że spokojnie w podobnym zestawieniu uwzględniającym oficjalne debiuty z łatwością znalazłaby swoje miejsce.

Przyrzekłem sobie, że do listy „12 wydanych własnym sumptem, polskich debiutów 2011 roku „, opublikowanej post wcześniej, nie będę robił suplementów. Wierzcie lub nie, kilka minut po jej zamieszczeniu dostałem maila od zespołu Lemon Grass z informacją o jego płytowym debiucie. Pech chciał (mój, nie zespołu – z wiadomości wynikało, że członkowie Lemon są z tego faktu kontent), że album ukazał się w 2011 roku jako tzw. self-released. Ponieważ coś niecoś twórczość ciechanowskiej grupy znałem, przeczuwałem, że swoją obietnice złamię.

Casus Lemon Grass jest dowodem, że bez oficjalnego promotora nadal trudno do fanów dotrzeć. Poczynania zespołu starałem się śledzić, a i tak premierę albumu przegapiłem. W dobie Facebooka nie powinno się to zdarzyć, a jednak. Ale może to i lepiej że „Spacer” trafia do mnie dopiero teraz. Muzyka formacji to radosne, słoneczne nuty będące mieszanką reggae, ska, dubu i rocka – w sam raz na zimową porę. Refleksyjne teksty, afirmujące uroki świata, życia, rzeczy prostych i zwykłych dodatkowo pozytywnie nastrajają. Całość, zagrana i zaśpiewana jest lekko i z polotem. Płytę warto poznać i na taką okoliczność mieć (choć nie tylko taką; przy niektórych numerach można bowiem nieźle poskakać).

Ps1. Uzupełnioną listę znajdziecie tu.
Ps2. W razie gdyby muzyka Lemon Grass przypadła wam do gustu (w co nie wątpię), nie ociągajcie się zbytnio z zakupem ”Spaceru”. Z informacji mailowej wynika, że grupie zostało go już tylko kilkadziesiąt sztuk.

”W sierpniu 2008 roku spotkało się czterech ziomków krasnalitów. W podziemiach świebodzińskiego domu kultury dochodziło do różnorakich popełnianych muzycznie tworów. Grywali oni wszędzie, gdzie zostawała wykreowana ku temu sposobność. Ich gęby rozszerzały się od bananów, które rosły wprost proporcjonalnie do aprobaty społecznej na to, co robią” – opowiada o swoich początkach formacja Cztery Metry Od Chodnika. Mnie od słuchania owych tworów również na twarzy wyskoczył banan postanowiłem więc wam o zespole z krainy znanej z pewnego dużego pomnika opowiedzieć.

Co takiego jest w piosenkach świebodzińskiej grupy, że poprawiają humor nie potrafię dokładnie zdefiniować. Nie są radosne ani pogodne, raczej – refleksyjne. Dowcipne, owszem – ale specyficznie. Prawdopodobnie rzecz związana jest z klimatem, który wywołuje psychodeliczne ska. Hipnotyczne, bujające rytmy zaprawione gitarowymi odjazdami i ciepłym brzmieniem saksofonu (to za sprawą Tomka ”Krawca” Krawczyka, który do ekipy krasnalitów dołączył w czerwcu tego roku) wraz z surrealistycznymi tekstami oferują odbiorcy możliwość przyjemnego oderwania się od rzeczywistości, na wysokość mniej więcej czterech metrów ponad chodnik. Odlotowi sprzyja fakt, że całość zagrana i zaśpiewana jest bez zadęcia i z polotem.

Okazja do prezentacji grupy, oprócz zasmakowania w jej twórczości, jest jeszcze jedna. Zespół właśnie przygotował swoją pierwszą EP-kę. Wydawnictwo zatytułowane ”Bałaganiarze” zawiera pięć numerów utrzymanych we wspomnianych wyżej klimatach. Najważniejszym wydaje się utwór ”Krasnal dekadenta”, w którym ogniskują się wszystkie elementy twórczości kwintetu. Posłuchajcie i sprawdźcie czy was też uniesie.

Tydzień temu z ”Must Be The Music” odpadł zespół PodobaMiSię, wczoraj do finałowego grona nie załapali się, wykonujący własne kompozycje: Olivia Anna Livki i Heroes Get Remembered. Kolejny raz potwierdziła się maksyma inżyniera Mamonia z filmu „Rejs”, że podobają nam się tylko te piosenki, które znamy. Najbardziej lubimy je w wykonaniu dzieci.

Szukamy świeżych talentów, które odmienią polski rynek muzyczny – szumnie zapowiadają producenci polskich programów typu talent show. Szukamy oryginalnych artystów z osobowością – wtórują im jurorzy. I może rzeczywiście tak jest, tylko co z tego, skoro decydujący głos pozostawiają publiczności sprzed telewizora.

Ostatnia edycja programu ”Mam talent” przyniosła zwycięstwo 11-letniej Magdzie Welc. Nie odbieram jej talentu, ale czy wprowadzi jakiś nowy trend w nasz skostniały muzyczny światek? Szczerze wątpię. Przynajmniej nie w ciągu najbliższych paru lat.

Dzieciakom z Little Beaver (wczoraj awansowali do finału ”Must Be The Music”) też niczego nie odbieram. Wcześnie zaczynają, więc mają sporą szansę by zajść daleko. Jeżeli tylko pozwoli im się dojrzeć, znaleźć własną drogę i formę artystycznej wypowiedzi. Inaczej skończą w wieku 16 lat sprzedając swoje naciągane biografie.

Autentycznych artystów w tych programach nie brakuje, ale niestety nie jest to u telewidzów w cenie.

Program ”Must Be The Music” na szczęście pozwala na przyznanie uczestnikom programu ”dzikiej karty” przez internautów. Tu sprawa wygląda nieco inaczej. Ci, może siedzą przed komputerem, piją piwo i oglądają erotykę, ale są bardziej otwarci na nowe zjawiska. Najlepszym tego przykładem jest głosowanie na Facebooku, w którym zespół PodobaMiSię zdeklasował konkurencje.

Wygląda na to, iż Gil Scott-Heron miał racje pisząc w latach 70. poemat-piosenkę ”The Revolution Will Not Be Televised”. Telewizja jest zbyt komercyjna, a jej publiczność zbyt zachowawcza by wykreować nowe zjawiska. Internet ma tu większą szansę.