Archiwum kategorii ‘ Rock ’

Gdy debiutowali mieli po 16 lat. Trzy lata po premierze ”Pierwszego rozdania” Jackknife powraca z ciekawie zapowiadającym się, nowym pełnometrażowym albumem. Płyta ”Echokardia” ujrzy światło dzienne 8 czerwca.

Jackknife to rockowy kwartet rodem ze Stalowej Woli, tworzą go: Ola Polnicka – wokal, Tomek Gutka – gitary, Kuba Staniszewski – bas i perkusista Damian Tofil. Muzycy wspólnie grają od 2008 roku. Zrobiło się o nich głośno trzy lata temu po premierze płyty „Pierwsze rozdanie”, która zadecydowała o obecności muzyki zespołu w wielu stacjach radiowych, m.in. w Trójce. Dziennikarzy zachwyciła stylowa mieszanka hard rocka i bluesa. Podkreślano także dojrzałe teksty, które wyszły w większości spod ręki Kuby Staniszewskiego. Uwagę mediów dodatkowo wzmagał młody wiek muzyków.

”Woleliśmy, by zainteresowanie nami powodowane było naszą muzyką a nie wiekiem” – mówi 19-letni dziś Tomek Gutka.

Słowa nie są tylko życzeniowe, grupa zagrała grubo ponad sto koncertów, szlifując umiejętności i powiększając doświadczenie.

”Skupiliśmy się przede wszystkim na pracy: rozwoju i poszukiwaniach stylu i brzmienia Jackknife. ‘Pierwsze rozdanie’ z 2010 roku stał się naszą wizytówką. ‘Echokardia’, którą wydamy 8 czerwca to o wiele dojrzalszy album, który pokaże, jaką drogą zdecydowaliśmy się podążać” – zapowiada gitarzysta stalowowolskiej formacji.

Producentem płyty został Krzysztof „Flipper” Krupa, który przez wiele lat współpracował z Wilkami, Hey i Acid Drinkers, wykonanie masteringu powierzono Leszkowi Kamińskiemu. Wydawcą ”Echokardii” będzie Fonografika.

Jackknife – ”Złamana Symetria” (2010)

Industrialno-rockowa formacja Bremenn istnieje niemal dekadę, jednak album „Flowers Of Fall”, który właśnie ujrzał światło dzienne, jest jej oficjalnym debiutem.

Wcześniej były EP-ki i różne inne próby zaprezentowania twórczości słuchaczom, jednak proza życia uniemożliwiła grupie dostąpienia zaszczytu oficjalnego debiutu. Bremenn kazali na siebie czekać długo, ale od razu zaatakowali szeroką ławą. Od 26 lutego wydawnictwo „Flowers Of Fall” dostępne jest na całym świecie w dystrybucji cyfrowej – poprzez Amazon, iTunes, Deezer i Spotify.

„Flowers Of Fall” to album koncepcyjny. Tak opisywał go w jednym z wywiadów lider formacji, Grzegorz Kabasa: ”Kompozycje tworzą opowieść o młodym chłopaku, który pewnego dnia zorientował się, że jego senne pragnienia, po przebudzeniu znikają lub nie do końca się realizują. Zaczął szukać różnych miejsc w życiu, które miały mu pomóc – od miłości prawdziwej, przez miłość cielesną, bycie sławnym, modnym, władczym, różne kombinacje. Nasz bohater zagapił się i w decydującym momencie nie wykorzystał swojej życiowej szansy. Stąd sugestia, że może warto byłoby się zastanowić nad właściwymi priorytetami”.

Jeżeli więc lubicie albumy z motywem przewodnim i przekazem, a do tego kręcą was ostre, metalowe riffy i zniekształcone różnymi efektami wokale, pojawiające się w otoczeniu ciężkiej elektroniki, zachęcam do sprawdzenia debiutu Bremenn. Zwłaszcza, że serwisy streamingowe – Deezer i Spotify, gdzie można go znaleźć, po wejściu do Polski, proponują darmowe okresy próbne.

Tradycyjnie prezentuję tu debiutantów, a nawet wykonawców dopiero do pierwszego wydawnictwa się przymierzających; dziś pozwolę sobie na odstępstwo. Wszystko za sprawą nowej płyty krakowsko-zakopiańskiego Bomb The World.

Zespół, skład którego tworzy kilku starych wyjadaczy udzielających się w takich kapelach jak: Bandog, Upstream, Second Chance, No More Hippies, Hartal czy Blindside, wypuścił właśnie, nakładem Spook Records, swoją trzecią płytę.

Album zatytułowany „Friends Of Your Enemy” przynosi 11 utworów utrzymanych w iście punkrockowym klimacie. Panowie nie silą się na poszukiwania nowych muzycznych przestrzeni, wręcz przeciwnie – z premedytacją sięgają do źródeł gatunku, dbając tylko by ich materiał miał odpowiednią temperaturę, wigor i pazur, i dawał konkretnego, rockandrollowego kopa.

Skąd w życia bloga taki wyjątek? Po pierwsze, zespół nigdy nie wypłyną na szerokie wody, zawsze był nieco w cieniu. Po drugie, przed nagraniem płyty mocno przemeblował skład – więc jakby trochę zaczynał od nowa. A po trzecie, ”Friends Of Your Enemy” to po prostu godny rekomendacji album. Album, którego główna siła to energia i… swoista staroświeckość.

Wydawnictwa „Friends Of Your Enemy” można posłuchać tu.

A właściwie przez muzykę Wiktora Coja, lidera działającego w latach 80. w Związku Radzieckim zespołu Kino, który zginął tragicznie w 1990 roku, a którym zafascynowany jest gitarzysta i wokalista, Roman Sierkov.

Pochodzący z Ukrainy muzyk, wraz z dwójką kolegów – Mateuszem „Jaremą” Jaremczukiem (perkusja) i Adamem „Bohunem” Pawłowskim (bas), także mającymi – jak przyznają – ”wiele wspólnego ze wschodniosłowiańskimi krajami”, założył 2011 roku formację Stacja Kamczatka.

Zespół wykonuje własną muzykę do tekstów wspomnianego, legendarnego rockmana. Jej podstawę stanowi rock’n’roll, punk rock i ska oraz różne wpływy wschodniosłowiańskiego folkloru. Roman śpiewa w trzech językach: polskim, rosyjskim oraz ukraińskim – ponieważ muzycy uważają, że ”wszyscy jesteśmy braćmi Słowianami i powinniśmy lepiej wzajemnie poznać naszą bogatą kulturę”.

EP-ka Stacji Kamczatka, która ujrzała światło dzienne przed paroma dniami, utrzymana jest jednak w języku polskim. Materiał liczy cztery kawałki, został nagrany w Studiu 7 w Piasecznie. Jego producentem jest Błażej Domański. Wydawnictwo promuje klip do utworu “Odejdź”.

”Naszą muzykę kierujemy do wszystkich, którzy lubią Sztukę bezkompromisową, autentyczną – żywiołowe i bardzo melodyjne granie. Chcemy pokazać Wam też, jak mądre przesłanie niosła ze sobą twórczość Wiktora Coja, który na co dzień pracował w kotłowni, będąc po prostu robotnikiem. Jak wielu z pozoru zwykłych ludzi – cieszył się, gdy w kieszeni znalazł paczkę papierosów, Pragniemy, abyście wspólnie z nami udali się ze Stacji Kamczatka w podróż. Poznajcie z nami muzykę KINO lub przypomnijcie sobie czasy, gdy Artyści walczyli o możliwość zagrania i zaśpiewania wszystkiego jak chcą – a nie jak nakazuje System” – napisał zespół na swojej stronie. (Pisownia oryginalna).

Spakowałem bagaże, słucham dema i czekam na długogrający album.

“Zespół Slim Motion promuje EP-kę ‘Surprise’. Wszystkich entuzjastów trafionej mieszanki hard-rocka, funku i akustyki zapraszamy do sprawdzenia klipu, który powstał do utworu “Little Star” – taką notką informuje o produkcjach warszawskiej grupy jej opiekun.

Aby dobrze przedstawiać o jakiego entuzjastę chodzi raz jeszcze zacytuję oficjalny prasowy opis: ”Slim Motion, to poszukiwanie kompromisu pomiędzy klasyką rocka, a nowoczesnymi trendami, które opanowały rynek współczesnej muzyki rozrywkowej”.

Chodzi więc o takie połączenie owych odległych od siebie (na pierwszy rzut oka, bo przecież mamy sporo funkrockowych kapel) stylistyk, by otrzymać coś zakorzenionego w tradycji, ale i świeżego zarazem, mającego szansę zainteresować także postępowych słuchaczy.

W praktyce oznacza to opartą na dynamicznym brzmieniu cięższą muzykę rockową, mocno pulsującą funkiem, nadawanym przez wyrazistą sekcję rytmiczną. Całość jest zdecydowanie bardziej swobodna niż hard czy nawet funk rock, nie ma jednak mowy o zapowiadanym tytułem EP-ki zaskoczeniu. Mieszanka jest tyleż zróżnicowana, co mimo wszystko dość konwencjonalna (jako fan Lesa Claypool’a i jego Primusa czuję się na tym polu mocno zawiedziony). Niemniej, grupa umiała zadbać o spójność materiału i odpowiedni groove.

EP-ka ”Surprise“ została zrealizowana w Freeze Art Studio, projektem graficznym zajęli się Andrew Cortes i David Cortes. Obok trzech rockowych piosenek, na krążku znalazł się również akustyczny numer ”Little Star”, do którego powstał teledysk.

Kto zatem mógłby zostać entuzjastą twórczości Slim Motion? A choćby fani Red Hot Chili Peppers. I to jest nazwa, która sporo o stołecznej formacji mówi.

Co dopiero światło dzienne ujrzały długo wyczekiwane płyty gigantów muzyki rozrywkowej – Bowiego, Depeche Mode, MBV czy Nicka Cave’a, a ja zamiast cieszyć się nimi, do znudzenia katuję EP-kę ”Tri” opolskiego tria Rubin714.

Nie. Absolutnie nie zestawiam tych wydawnictw. Sygnalizuję tylko, że na naszym rodzimym podwórku pojawił się nowy, znakomity materiał. W całości nie został jeszcze zaprezentowany do publicznego odsłuchu, ale można go już nabyć na stronie zespołu. Uwaga, EP-ka ”Tri” dostępna jest w niewielkim, limitowanym nakładzie – warto się pośpieszyć.

O zespole pisałem całkiem niedawno. Dziś, w związku z nowym wydawnictwem, tylko mały suplement – w formie wywiadu.

MuzzoDetektor: Pewno śmiejecie się z etykiet gatunkowych, zwłaszcza, że Waszą muzykę ciężko umiejscowić w jednym, konkretnym stylu, ale gdybym poprosił Was o opisanie materiału przyszłym/potencjalnym odbiorcom, jakbyście to zrobili?

Michał Michalski: – Naprawdę nie myślimy o tym. Przyszło mi do głowy, że to brzmi mniej więcej tak jakby pies zjeżdżał na motocyklu, po blaszanym dachu, do kotłowni hamując pazurami. Innymi słowy jest to zwykły, dziwny rock alternatywny.

MD: Widzicie zapotrzebowanie na tego typu granie w naszym kraju? Czy w ogóle przejmujecie się tym komponując?

Andrzej Burzyński: – Nie podchodzimy do grania od strony ”zapotrzebowania na nie”, chociaż widząc z jakimi trudnościami robi się koncerty w Polsce, to można fałszywie stwierdzić, że takiego zapotrzebowania nie ma.

M.M.: – Chcielibyśmy by było takowe zapotrzebowanie. Wówczas, być może nie musielibyśmy chodzić do pracy, lecz nie zastanawiamy się nad tym tworząc bo to oznaczałoby, iż wkradło się w nasze poczynania wyrachowanie, a wtedy równie dobrze moglibyśmy stworzyć zespół weselny i siekać szlagiery co weekend dla jakichś początkujących rozwodników.

MD: Nowy krążek to zaledwie pięć numerów. Jak mniemam od razu był tak pomyślany… Kiedy zatem pełnometrażowy materiał?

A.B.: – ”Tri EP” to 18 minut piosenek. Już w trakcie nagrywania poprzedniej EP-ki lepiliśmy nowe utwory, był wtedy maj i mięliśmy dwa nowe numery, potem nastało lato i numerów zebrało się cztery. A że korciło nas strasznie, żeby te utwory usłyszeć z głośników HIFI, uznaliśmy, że nagramy EP-kę w listopadzie 2012, tak aby spokojnie ją miksować i wypuścić wiosną. W międzyczasie powstał jeszcze jeden kawałek, który załapał się na listopadową zagrywkę. Tak powstało ”Tri EP” . Podczas miksowania powstały kolejne utwory itd. itd. Obecnie miksujemy singiel, a przyjaciele z HIPIXEL montują do niego obraz. Czyli będzie nowy teledysk. Niebawem.

– Jesteśmy w trakcie tworzenia kolejnych kompozycji. Jeśli nasza cierpliwość pozwoli i wyczekamy bez nagrywania pojedynczych produkcji i wypuszczania ich w eter, to może następny materiał będzie mieć pełnometrażowy charakter. Stawiam, że od pełnometrażowej płyty dzielą nas jeszcze singiel i dwie EP-ki. A może nigdy jej nie będzie?

M.M.: – Jesteśmy zbyt zniecierpliwieni. Nie sądzę byśmy kiedykolwiek dotrwali do płyty. Po prostu nowe numery wydają nam się tak genialne, że nie potrafimy ich zbyt długo utrzymać w tajemnicy.

MD: Wydaje mi się, że z materiałem na poziome EP-ki mielibyście szanse powalczyć na zachodnich rynkach, zwłaszcza, że hałaśliwe, gitarowe granie wraca tam do łask słuchaczy… i mediów. Myślicie o tym? Próbowaliście zagranicznych wojaży?

A.B.: – Nie zetknęliśmy się do tej pory z taką możliwością. Piosenki są w większości po angielsku, więc nie widzę przeszkód, żeby taka możliwość powstała. Dzięki, że Ci się tak wydaje 😉 i dzięki za wywiad.

M.M.: – Próbowałem spamować klipem do „Play With Matches” prominentne, undergroundowe blogi „z zachodu”. Wysłaliśmy również wiele zgłoszeń do zagranicznych wytwórni. Efekt był zerowy. Nawiasem mówiąc, w kwestii wytwórni to w kraju efekt był ten sam. Na wojaże nas nie stać. Krótko mówiąc szukamy sponsora. Tudzież szaleńca.

– Dzięki za rozmowę.

MD: Dziękuję.

W sklepach pojawił się dziewiąty album Mudhoney, „Vanishing Point”… Ale ja nie o nim. Amerykanie 28 maja br. zawitają do Polski, a ich występ poprzedzi koncert Destructive Daisy. I to właśnie tego, babskiego kwartetu z Gdyni, dotyczy dzisiejszy wpis.

W skład Destructive Daisy wchodzą: wokalistka Audri Roos, gitarzystka Magda Dams, basistka Kleo Malinowska oraz perkusistka Ada Dobrowolska. Dziewczyny współpracują od 2011 roku, w zeszłym ukazała się ich pierwsza EP-ka.

Formacja nie należy do żadnej wytwórni, nakład debiutanckiego wydawnictwa, zatytułowanego – jak na pierwszy materiał przystało – ”Destructive Daisy”, finansowany był z jej własnych środków.

Trudno się dziwić że gdyński kwartet załapał się na support legendy Seattle Sound. Twórczość Destructive Daisy to przede wszystkim grunge, choć słychać w niej także nieco żywiołowego, garażowego punk rocka (to ukłon w stronę kapel zaliczanych do ruchu Riot Grrrl). Inspiracje te są nieraz zbyt oczywiste, ale przecież trudno w stylistyce prostego łupania o jakieś nowatorstwo. Najważniejsze, że grupie udało się zachować bezpretensjonalność, charakter i energię. Co powinno zaprocentować zwłaszcza w graniu na żywo.

Dziewczyny przyznają, że zabiegają o rozpoznawalność, by móc jak najwięcej koncertować. Mudhoney, choć sam nigdy nie stał się szczególnie modny, wielu kapelom utorował drogę do sławy. Występ obok Amerykanów to na pewno szansa dla Destructive by zaistnieć w świadomości rodzimych fanów brudnego brzmienia spod znaku Sub Pop i flanelowych koszul. Moim zdaniem, powinni być zainteresowani.

”Zespół Mouga najzwyczajniej w świecie skończył działalność. Na jego miejsce powołaliśmy nowy band, The Sin Company” – takiej treści wiadomość znalazłem kilka dni temu w mojej mailowej skrzynce. Poważnie zaniepokojony, niezwłocznie zapytałem u jej źródła w czym rzecz.

Oto odpowiedź Stepola, perkusisty obu projektów:

”No, trochę się pozmieniało. Zaczęliśmy grać w trójkę, a nowy materiał był bardziej rockowy niż metalowy. Postanowiliśmy, że wydamy to pod nowym szyldem, The Sin Company. Mouga wydała swoją płytę już 4-lata temu i nie oszukujmy się, ale nikt nie czeka na nowe wydawnictwo. Myślę, że teraz jest ciekawiej. Zresetowani, ale ciekawsi :D”.

Z tym, że nikt na nową Mougę nie czeka to bym polemizował, najważniejsze jednak że po jej rozwiązaniu większa część ekipy podjęła kolejne wyzwanie. Obok Stepola, czyli Sebastiana Brzuszczaka, The Sin Company tworzą Mateusz ”Konyu” Konieczny (wokal, gitara) i Marcin ”Dywan” Misdzioł (bas).

Panowie zakończyli już pracę nad debiutanckim EP, choć jeszcze nie pojawiło się na rynku. Wiadomo, że nagrania produkował Jarek Toifl współpracujący m.in z zespołami Big Cyc, Piersi i Starguard. Dostępny jest też teledysk pilotujący wydawnictwo – obrazuje utwór „Wanted! Dead Or Alive”, a został zrealizowany przez gliwicką ekipę z Garage Made Video.

”Styl The Sin Company jest wypadkową świeżego, energetycznego rocka i oryginalnych brzmień spod znaku alternatywy” – reklamuje się The Sin Company.

Na razie wszystko się zgadza. Czy będziemy ubolewać nad końcem Mougi okaże się jednak po publikacji większej partii materiału.

W sieci pojawił się utwór „The Calling” pochodzącej z południa Polski formacji Soundscape. Kompozycja wraz z teledyskiem zapowiada debiutancką płytę zespołu.

Początki Soundscape datują się na 2008 rock, kiedy to pomysłodawca, główny kompozytor i gitarzysta Krzysiek Siryk (Sacrum, ex-Ciryam) postanowił powołać do życia własny muzyczny projekt oscylujący w rejonach rock-metal-progressive. Muzyk do składu zaprosił: Krzysztofa Dybasia (wokal), Tomasza Marmolę (bas), Łukasza Wełnę (gitara) i Mariusza Bieniasza (instrumenty perkusyjne).

Zespół nie ujawnił jeszcze szczegółów pierwszego wydawnictwa, wiadomo, że będzie zatytułowane ”Synæsthesia Deluxe”.

Polecam zapoznać się nie tyle z klipem i wersją singlową „The Calling”, co przesłuchać dostępnej na profilu zespołu jego ponad dziewięciominutowej wariacji noszącej podtytuł ”Advanced Mix”.

Rozpoczynający się jazzowym intro, a złożony z wielu elementów charakterystycznych dla różnych (w tym niemetalowych) muzycznych stylistyk utwór pokazuje umiejętności kompozycyjne zespołu i zwiastuje bardzo intrygujący, eklektyczny album.

Prezentując w poprzednim wpisie sylwetkę instrumentalnego duetu Without Percent nie przypuszczałem, że tak szybko będę tu polecał kolejny skład bez wokalisty w swoich szeregach. Pojawiła się jednak ważna okazja – znakomicie zapowiadający się, olsztyński kwintet Fade Out zaprezentował nowy klip i anonsuje oficjalny debiut.

Fade Out istnieje od lutego 2009 roku. Na koncie ma nagraną w domowych warunkach płytę demo „No Movie Soundtrack”, ten sam materiał zarejestrowany w wersji akustycznej oraz sporo wyróżnień, ze zwycięstwem konkursów ”EraMusicGarden” i ”Gdańsk Dźwiga Muzę” na czele.

Formacja wykonuje muzykę z pogranicza jazzu i rocka, bazującą na folkowych melodiach. W przeciwieństwie do Without Percent nie stawia na czystość brzmienia, a często zabarwia je punkowym brudem. Co wcale nie znaczy, że jej twórczość jest mniej wyrafinowana niż kompozycje krakowskiego duetu. Olsztynianie stawiają po prostu na inny rodzaj emocji – spontaniczność i żywiołowość. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że zapowiadana debiutancka płyta nagrana została „na setkę”.

Materiał zarejestrowano pod okiem Macieja Cybulskiego w RecPublica Studio, miks i mastering wykonał Marek Szwarc. Premiera wydawnictwa, które nosić będzie tytuł „Drunk Elephant”, planowana jest na początek lata.

Oto klip do tytułowego numeru:

Obecny skład grupy tworzą: Michał Baranowski – skrzypce, Kuba Staniak – instrumenty klawiszowe, Dawid Rakowski – gitara elektryczna, Kuba Kamiński – gitara basowa i Andrzej Postek – perkusja.

Ps. Jakiś czas temu przedstawiałem tutaj grupę Romantycy Lekkich Obyczajów, pamiętacie? Połowę tego prześmiewczo-refleksyjnego duetu stanowi Adam Miller. Adam grał kiedyś w Fade Out na basie.